Pierwsza rozmowa Angeli Merkel z Łukaszenka odbyła się 15 listopada. Druga - dwa dni później. Do obydwu doszło z inicjatywy niemieckiej kanclerz, a tematem była napięta sytuacja na wschodniej granicy Unii Europejskiej.

Czytaj więcej

Merkel i Łukaszenko omawiali kryzys migracyjny u granic Białorusi

Inicjatywa kanclerz Merkel nie spotkała się z uznaniem ze strony polityków partii rządzącej. Uznano, że ten gest legitymizuje Łukaszenkę, który przez kraje Unii Europejskiej nie jest uznawany za prezydenta Białorusi po ostatnich, sfałszowanych wyborach.

Czytaj więcej

Rozmowa Merkel-Łukaszenko. Prezydent Duda: Nie uznamy ustaleń podjętych ponad naszymi głowami

Rzecznik rządu Piotr Müller stwierdził w Polsat News, że "format" rozmowy został przyjęty ze zdziwieniem przez kraje Unii Europejskiej, a szczególnie przez kraje bałtyckie. Zdaniem krytyków inicjatywy Merkel, rozmowa z Łukaszenką wiąże się z ryzykiem legitymizacji białoruskiego dyktatora. 

- Mamy do czynienia z przywódcą, który nie uzyskał legitymacji demokratycznej, któremu zarzucamy, że wybory odbyły się w sposób nielegalny, a równolegle najważniejszy polityk europejski prowadzi z nim rozmowy - mówił rzecznik rządu. Uważa też, że nie "było potrzeby", aby Merkel "bezpośrednio" rozmawiała w sprawie kryzysu na granicy z Łukaszenką.

Polityk ocenił, że decyzja o rozmowie była "problematyczna". Zwłaszcza że, jak mówił Müller, premier Morawiecki prowadzi rozmowy z przywódcami krajów naszego regionu, najbardziej narażonymi na skutki kryzysu, wystąpił także o zwołanie Grupy Wyszehradzkiej, która spotka się wkrótce w Budapeszcie.