Zacznę od kwestii oczywistych: nie wiem, czy biskup jest winien, ale przyjmuję stanowisko prokuratury, że prawdopodobieństwo popełnienia przez niego czynów zabronionych jest wysokie. Nie wykluczam też, że on sam może czuć się całkowicie niewinny, nawet jeśli do czynów, o jakich mowa, doszło. Człowiek jest istotą bardzo skomplikowaną, potrafi znakomicie usprawiedliwić rozmaite swoje zachowania, a nawet tak je sobie przedstawić, by w momencie ich popełniania nie dostrzegać ich zła, a później wyprzeć je ze świadomości. Tak mogło być w tej sytuacji. Mogło być też tak, że niegroźne, choć przynajmniej – jeśli nie gorzej – nieroztropne, w mniemaniu hierarchy, zachowania zostały zinterpretowane w zupełnie inny sposób. Może tak, a może nie.




W tej sprawie jest jeszcze wiele niewiadomych. I to nie tylko dotyczących samego biskupa Szkodonia, ale także archidiecezji krakowskiej. Nie sposób nie zadać pytania, od kiedy metropolita krakowski wiedział o oskarżeniach, a jeśli wiedział wcześniej, to dlaczego nie podjęto żadnych działań, czekając do momentu publikacji „Gazety Wyborczej"? Czy do kurii docierały jakiekolwiek inne groźne sygnały? Czy i kto wiedział o oskarżeniach?

Trzeba też zadać pytania o działania nuncjatury, choćby dotyczące sugestii, że skarżąca powinna zachować milczenie o sprawie do czasu jej wyjaśnienia (co zresztą nie jest prawdą). Warto też zadać pytanie, czy ograniczenia możliwości sprawowania czynności duszpasterskich nie powinny zostać nałożone wcześniej?

Zaskakują także oświadczenia wydawane przez krakowskich hierarchów. Zaskakują, bo skupiają się wyłącznie na cierpieniu niewinnie (na razie sprawa nie jest zbadana przez Watykan, więc skąd pewność, że niewinnie?) oskarżonego biskupa. Nie ma w nich słowa empatii wobec ofiary, a wspomina się jedynie o pobożności i duchowości biskupa Szkodonia, które mają być dowodem jego niewinności.

Kłopot polega tylko na tym, że mamy w najnowszej historii Kościoła przynajmniej kilka przypadków kapłanów bardzo uduchowionych, nawet założycieli zgromadzeń zakonnych i wziętych teologów, którzy wykorzystywali seksualnie osoby sobie powierzone. Jak to w sobie godzili, pozostaje tajemnicą godną pióra Fiodora Dostojewskiego czy Georgesa Bernanosa – tajemnicą nieprawości. Postawa biskupa niczego więc nie dowodzi, a nieustanne jej przypominanie może rodzić wrażenie, że dobro biskupa przesłania Kościołowi dobro ofiar. A to byłoby kompletnie niezgodne z duchem i literą Ewangelii.

Po tych słowach krytyki warto docenić kilka kwestii. Otóż chwała biskupowi Szkodoniowi, że usunął się z diecezji i zawiesił publiczne sprawowanie sakramentów. To dobry sygnał i pierwszy znak tego, że można liczyć na sprawiedliwe dochodzenie. To, czy wrażenie to zostanie podtrzymane, zależy jednak w znaczącym stopniu od tego, co wydarzy się dalej. Teraz Kościół w Polsce, wierni, ale przede wszystkim ofiary potrzebują jasnego sygnału, że Kościół w tej sprawie będzie absolutnie przejrzysty, że sprawa zostanie dokładnie przebadana, oceniona, a wyniki śledztwa zostaną – na ile pozwala na to dobro ofiary i hierarchy, a także zasady prawa – ujawnione. Ta sprawa jest już publiczna i opinia publiczna musi wiedzieć, co wydarzyło się naprawdę. Katolicy mają prawo do pewności, że purpura nie chroni przed karą, ale też, że niewinnie oskarżeni (bo i tak może przecież w tej sprawie być) mają jak się bronić. I wreszcie ofiary muszą wiedzieć, że ich doniesienia zostaną poważnie potraktowane, a oni będą otoczeni opieką, a nie stygmatyzowani i odrzuceni jako wrogowie Kościoła.

Od tego, jak zostanie załatwiona ta sprawa, naprawdę wiele zależy. Kościół hierarchiczny powinien mieć tego świadomość. Niestety, można odnieść wrażenie, że jej nie ma... Szkoda.