Coraz więcej autorów mianowicie dostrzega w Grossie jeśli już nie wybitnego historyka, to wieszcza i poetę, kogoś, kto świadomie rozdrapuje rany, by przeprowadzić narodowy rachunek sumienia. Sam słyszałem – uwaga, to nie żarty – jak pewien poważny publicysta "Polityki" twierdził, że w osobie Grossa zmartwychwstał Stefan Żeromski i Maurycy Mochnacki razem wzięci. Sam autor "Strachu" uważa, że napisał dzieło na miarę "Archipelagu Gułag", mając siebie, jak widać, za drugiego Sołżenicyna. Piękne to porównania i świadczą tyleż o braku fałszywej skromności Grossa, co i o zmyśle rzeczywistości jego pochlebców.