Na wielkim bazarze w Teheranie tłum jakby mniejszy. W stuletniej herbaciarni trunek podają w plastikowych kubkach, bo szklana zastawa w tych czasach jest zbyt ryzykowna. Ludzie chodzą w maskach ochronnych nie z powodu smogu i bardzo proszą nas o ich założenie. Na południu długo drwiono z koronawirusa, bo ponoć nie lubi wysokiej temperatury, więc gdy w Bandar Abbas w szpitalu umieszczono osobę zakażoną, przestraszeni mieszkańcy podpalili budynek. A kilkadziesiąt zgonów od alkoholu metylowego, który miał uchronić przed wirusem? To wynik niewiedzy, bo tak chce władza, która w Iranie nigdy nie mówiła za dużo.

Liczba chorych też były zaniżana. Dziś to już podobno 25 tys. zarażonych i dwa tysiące zmarłych. A może być więcej. Wirusa wykryto u ministra zdrowia, pani wiceprezydent oraz wielu posłów, więc zawieszono posiedzenia parlamentu. Przywódca duchowy Ali Chamenei wezwał polityków do unikania kontaktu ze społeczeństwem. W telewizyjny orędziu stwierdził, że wirus to „nic nadzwyczajnego" i zaapelował o dokładne mycie rąk. Władza zdecydowała się na tymczasowe uwolnienie 85 tys. więźniów z zakładów karnych w obawie przed epidemią. Zamknięto szkoły i biura, odwołano imprezy masowe i piątkowe modły, co jest przypadkiem bez precedensu.

***

Iran to trzecie ognisko choroby na świecie po Chinach i Europie. Tylko skąd w kraju objętym blokadą gospodarczą, gdzie prawie nie ma turystów, wirus made in China? I do tego w świętym dla szyitów mieście Kom?

Miasto jest celem wycieczek do mauzoleum Fatimy al-Masumy, siostry Imama Rezy z przełomu VIII i IX w. Znajdują się tam liczne meczety, szkoły koraniczne i biblioteki, co przyciąga tłumy. W 1978 roku to w Kom wybuchła manifestacja w obronie krajana Ruhollaha Chomeiniego, w której śmierć poniosło kilkaset osób, co było początkiem rewolucji islamskiej i końcem szacha.

Rezę Pahlawiego obaliła kaseta magnetofonowa. Właściwie nie jedna, lecz tysiące: nagrywano je we Francji, gdzie na wygnaniu przebywał Chomeini i wygłaszał kazania do mikrofonu, po czym nagrania szmuglowano, kopiowano i słuchano. Płomienne mowy kończyły się wezwaniem, że władca musi odejść i przyniosły skutek.

Co się stało z kasetami po 40 latach? To narodowe dziedzictwo, niezależnie od stosunku do rewolucji. Pytam o to mułłę Mohammada z Meczetu Szacha w Isfahanie, gdzie ustawiono kilka stolików do „przyjaznych rozmów o islamie – intymnych pogadanek bez uprzedzeń, bezstronnych, opartych na logice i dokumentach na różne tematy, w tym kontrowersyjne: islam i polityka". Kasety to dokumenty z przeszłości, lecz mułła wpada w głęboką zadumę, bo nikt nigdy o to nie pytał! Sam urodził się w roku wybuchu rewolucji i doskonale pamięta kasety z domu rodzinnego, bo bawił się nimi. Teraz nie wie, gdzie ich szukać. Ma zapytać kogo trzeba i chyba zapomniał, bo na wiadomość nie odpowiada. Na pobliskim bazarze kaset także nie ma, podobnie w księgarni. W Jazd w sklepiku ze starzyzną – zresztą przy ulicy Chomeiniego – kierują nas do budki przy meczecie, ale we wskazanym miejscu mieści się sklep z warzywami.

Nawet na targowisku w Teheranie próżno szukać kaset. Sprzedawca herbaty z plastiku tłumaczy, że Chomeini mówił o wszystkim; głównie religii i nowym porządku społecznym, do tego obiecywał ludziom darmową elektryczność, wodę i gaz, bo pieniądze ze sprzedaży ropy miały wreszcie trafić do mas. Tymczasem rewolucja się dokonała i słowa przestały mieć znaczenie, naftowe zyski zagarnęli ajatollahowie, kasety skonfiskowano i wybranych fragmentów można posłuchać w archiwum cyfrowym lub z okazji kolejnej rocznicy rewolucji.

***

Kaszan to miasto religijne, choć ucho nie kłamie: w ogóle nie słychać zaśpiewu muezinów. „Głośniki w meczetach skierowane są na ulice, zamiast w stronę domów mieszkalnych, żeby pozwolić spać dzieciom, nie przeszkadzać osobom chorym i starym. Islam dla szyitów ma ludzką twarz" – zapewnia piekarz, który na widok pięciorga dziwolągów z Lahestanu, rodziców z trójką dzieci, uśmiecha się szeroko i nie chce pieniędzy za chlebek nan, bo perska gościnność nie uznaje żadnych granic. Zgodnie z zasadami kodeksu grzecznościowego taruf ponawiamy propozycję zapłaty, lecz odmowa jest stanowcza.

Nagle ciszę mąci głos chrapliwie krzyczący „Allahu akbar", choć z melodyjnością modłów z minaretu nie ma wiele wspólnego. To nasz sąsiad z bocznej uliczki starego miasta, który wdrapał się na dach domu i kultywuje tradycję sprzed rewolucji, gdy po godzinie policyjnej ludziom nie wolno było wychodzić na dwór, stając więc na dachach wyrażali własne zdanie o szachu (krytyczne) i Bogu (pochwalne). Szacha już w Iranie nie ma, Bóg zaś jest wieczny, więc męski głos chwali Allaha i nie chce przestać.

W ten sposób zapowiada święto rewolucji, obchodzone 11 lutego, gdy transformacja religijna miała się dopełnić. Skąd ta data? Zaczęło się od kaset Chomeiniego i demonstracji w Kom, potem 16 stycznia uciekł szach Pahlawi, dwa tygodnie później z wygnania do kraju wrócił ajatollah Chomeini, powstanie republiki islamskiej obywatele poparli referendum, proklamowano ją oficjalnie 1 kwietnia. Uznano jednak, że to właśnie 11 lutego – w dniu pozbawienia szacha stanowiska króla królów – postawiono rewolucyjną kropkę nad i w słowach islam i Iran, tego dnia więc wyznaczono obchody narodowe.

***

W Teheranie nikt już nie wychodzi na dachy i nie krzyczy rewolucyjnych ani boskich haseł, bo to za duże miasto i za duży hałas, więc po co wołać na miejskiej puszczy? Człowiek w Kaszanie ma znacznie łatwiej, jego „Allahu akbar" niesie się nad dachami i domami. Święto rewolucji zapowiadają też sztuczne ognie przypominające o celebrze, gdy nawet bazar zamyka swoje wrota, co jest trudne do wyobrażenia. Sprzedawca irańskich kebabów przestrzega, że na wiecu będzie garstka narwańców potępiających USA i chwalących Chomeiniego, więc odradza spacery w rewolucyjne rewiry miasta.

A jednak idziemy za ludźmi od rana gromadzącymi się przy placu Dżihadu. Nie ma garstki narwańców, są tysiące mężczyzn w szarych marynarkach i kobiet w czarnych czadorach, bo kolorowe chusty niedbale zarzucone na włosy są nie na miejscu. „Down with USA" (precz z USA), „We support our religious leaders" (popieramy naszych religijnych przywódców) głoszą transparenty, o ironio, także po angielsku, choć większość haseł wypisano po persku. Straszy kukła Donalda Trumpa wleczona po bruku, na latarniach wiszą jego karykatury. Przestrach budzą działka artyleryjskie, które pokazują siłę armii. Dzieci malują twarze w barwy narodowe.

Jesteśmy sami. Przez dwa tygodnie spotkaliśmy ledwie pięcioro turystów, więc to my na rewolucyjnych obchodach w Kaszanie stanowimy największą sensację. Miejscowi uśmiechają się szczerze i pytają o wszystko. Proszą o zdjęcie z całą rodziną lub choćby z blondwłosym i niebieskookim synem, który w ciemnym tłumie budzi największe zainteresowanie. Ktoś proponuje, abyśmy pozowali z religijnym plakatem, ale tego już za wiele. Dostajemy również prezenty: paciorek do modlitwy ze świętym kamieniem z Karbali i obowiązkową herbatę. A może chcemy zjeść domowy obiad?

Spacerujemy wśród ludzi i fotografujemy piknik, choć bez bliskich kadrów i zbliżeń. Niespodziewanie za bark łapie mnie czyjaś ręka. „Police. Photos delete" (policja, skasuj zdjęcia) – mówi stanowczo mężczyzna ze słuchawką w uchu i legitymacją w garści. Musimy wymazać zdjęcia z telefonów, choć córka podpowiada, że skasowane pliki można przecież odzyskać jednym kliknięciem. Pyrrusowe zwycięstwo w święto rewolucji. Tłum zresztą rzednie, w południe nie ma prawie nikogo: wszyscy rozeszli się do domów na świąteczny posiłek.

***

W 1941 roku Rezę Pahlawiego ojca zastąpił Reza Pahlawi syn, który okazał się dużo bardziej brutalny i krwawy, co nie przeszkodziło Amerykanom w finansowaniu jego działalności, wzmacnianiu armii i spełnianiu zachcianek.

Po ucieczce leczył się w Ameryce. Tego dla Irańczyków było zbyt wiele, więc 4 listopada 1979 roku grupa studentów wdarła się na teren ambasady amerykańskiej i wzięła zakładników, których przetrzymywano przez 444 dni. W końcu ich wypuszczono, za cenę ułamka majątku szacha, choć amerykańscy dyplomaci nigdy do Teheranu nie wrócili. Budynek dawnej placówki jest symbolem wrogości obu krajów: działa tu skromne muzeum szpiegostwa, które pokazuje garść zrabowanych dokumentów, urządzenie szyfrujące, rozpruty sejf, pomieszczenie do tajnych spotkań. Przed wejściem flaga USA na maszcie wisi do góry nogami, w ogrodzie białe krzyże spowijają amerykańskie barwy.

Na okalającym ambasadę murze widniała Statua Wolności z trupią czaszką zamiast głowy, lecz w 40. rocznicę zajęcia budynku stare graffiti zmieniono na artystyczne malunki niezmiennie potępiające Amerykę: zamiast gwiazd w jej fladze umieszczono trupie czaszki, na tle białych i czerwonych pasów widać żołnierzy z karabinami, z opakowania frytek McDonald's wyłania się drut kolczasty, Myszka Miki ściska pistolet w garści. Pokojowe rozmowy irańsko-amerykańskie zobrazowano alegorycznie, że przedstawiciel USA pod stołem trzyma broń, więc jak mu ufać? Na budynku obok transparenty wymieniają wszelkie zło tego świata, za które odpowiedzialni są Amerykanie: w tym syfilis w Gwatemali i dengę w Pakistanie.

Tymczasem w sklepie obok kupujemy gumy do żucia stylizowane na banknoty dolarowe: jeden albo milion. Jest i śrubokręt z rączką w barwach amerykańskiej flagi. Do tego w kantorach dolar stoi mocno, bo pieniądze nie śmierdzą. Potwierdza to elegancka pani w restauracji w Teheranie, której rodzina wyjechała po rewolucji do Nowego Jorku, ale ona wraca doglądać interesów. Ma dwa paszporty. Jak to możliwe? To proste: w Ameryce posługuje się amerykańskim, w Iranie irańskim. Sama pije coca-colę rozlewaną w fabryce w Maszhadzie. A jak to możliwe? To jeszcze prostsze: taką możliwość dano spółce z Europy Wschodniej, żeby nie nawiązywać handlowych kontaktów z wrogiem.

***

Na trasie do leżącego na południu Bandar Abbas wypatrujemy szczątków ciężarówek, które na życzenie szacha Pahlawiego miały wozić towary kupione za olbrzymie pieniądze ze sprzedaży ropy. Zakupy, o ile nie zdążyły zepsuć się w palącym słońcu, nigdy nie dojechały do Teheranu, bo drogi nie były przystosowane do takich konwojów, a zbyt słabo opłacani kierowcy, porzucili samochody, które utknęły wśród piasków i zardzewiały do szpiku. Metalowych szkieletów jednak nie widać, ale wciąż jeżdżą stare macki, które z pewnością pamiętają czasy szacha i załadowane towarami ledwo wspinają się pod kolorowe góry przypominające kopczyki przypraw z bazarów.

Za to w stronę stolicy ciągnie się wielokilometrowy korek. Cóż to za ładunki? Przecież dwa lata temu, po zerwaniu umowy atomowej, na Iran kolejny raz nałożono sankcje gospodarcze: nie ma importu, nie ma eksportu. Tymczasem witryny przy promenadach miast są pełne towarów. Nocą migoczą lampiony, neony i inne świecidełka, które Irańczycy bardzo lubią – na takie fanaberie stać kogoś, kto zaspokoił podstawowe potrzeby. Takiego sklepu muzycznego jak w Teheranie próżno szukać w Warszawie. Skąd to wszystko się wzięło, gdy handel miał zostać zduszony?

Na bazarze można kupić produkty wszystkich marek świata: w hałdach towarów trudno rozpoznać imitacje, bo detale zgadzają się w szczegółach, choć zdarzają się buty Adidis i Plima, kalkulatory Cetezen i Casho, perfumy Calven Klim. Nawet w menu wielu restauracji widnieją dwie pozycje: Pepsi i „Pepsi original" – pierwsza to podróbka z etykietą „Dedsi", łudząco podobna do oryginału, choć smaku nie odróżnisz; druga trafiła nie wiadomo skąd.

Sternik łodzi z wyspy Keszm śmieje się serdecznie z moich wątpliwości, żeby nie powiedzieć: ze mnie. Kontrabanda! Sam z niej korzysta, gdy popsuje się silnik Yamahy, bo jak naprawić inaczej? Do Dubaju przez Zatokę Perską jest ledwie 300 kilometrów. Oficjalnie przez Iran jadą też transporty do Turcji, a niektóre pakunki mogą wypaść... Na lotnisku w Bandar Abbas znajdujemy nawet batony Snickers z napisami cyrylicą; od czego ma się przyjaciół?

***

W Iranie ze wszystkich stron patrzą dwaj brodacze: sprawca rewolucji Chomeini i jej kontynuator Chamenei. Do nieodłącznego duetu dołączył ostatnio ten trzeci: generał Kasem Sulejmani. To dowódca sił Ghods, jednostki specjalnej Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, odpowiedzialnej za operacje zagraniczne irańskiego wojska, który w styczniu zginął w Bagdadzie – amerykańscy żołnierze wysadzili jego samochód za pomocą drona.

Dla Irańczyków jest bohaterem narodowym, bo walczył z tzw. Państwem Islamskim, które dzięki temu nigdy nie zbliżyło się do granic ich kraju. Przyznają, że wykorzystywał konflikty zbrojne do poszerzania wpływów i stale nękał Amerykanów. I gdy nadarzyła się okazja – wybory prezydenckie w 2020 roku – skorzystano z niej, aby Donald Trump rozjuszył groźnego przeciwnika i z takim straszakiem w garści mógł walczyć o reelekcję.

Generał z siwą brodą, krótko przystrzyżoną w porównaniu z ajatollahami, wygląda jak dobry dziadek. Jedną powiekę miał przymkniętą, więc spod spuszczonej głowy spogląda nieco demoniczne – to jego najczęściej powielane zdjęcie. Jest wszędzie: w gazetach i na okładce magazynu pokładowego irańskich linii lotniczych, na olbrzymich banerach, plakatach, ulotkach, wisi na ulicznych latarniach, murach, na ścianach, w oknach domów i witrynach sklepów, za szybami samochodów. Niektóre opatrzone hasłem: „Cały świat cię pomści". Telewizja na okrągło wyświetla filmy o generale pełne archiwalnych zdjęć, łez i wzruszeń.

Sulejmani przyćmił Chomeiniego i Chameneiego. Jego pogrzeb w rodzinnym Kermanie zgromadził na ulicach morze ludzi i stanowił kolejną okazję do okazania nienawiści wobec Ameryki, która znów wmieszała się w irańskie sprawy. Generała pochowano na obrzeżach miasta koło meczetu Saheb Zaman na cmentarzu męczenników. Prowadzą nas tam czarne flagi wiszące nad ulicą, na poboczu można kupić wiązanki żółtych kwiatów. Do grobu wiodą ludzie. Przy prowizorycznym dachu, z którego zwisają setki wstążek w zielono-biało-czerwonych barwach, powieszono kompozycje z kwiatów i liczne zdjęcia generała, w tym z samym Chomeinim.

W strojach dominuje czerń. Starsza pani częstuje ciastem z daktylami, miejscowym przysmakiem. Dostajemy też przypinki ze zdjęciem ochroniarza generała, który zginął razem z nim. Cmentarz składa się z samych czarnych nagrobków, ale ten jeden jest biały (jak największego perskiego poety Hafeza, gdzie ciągną pielgrzymki odwiedzających). Tłoczno, bo mija 40 dni od pochówku Sulejmaniego, co dla muzułmanów jest świętym czasem. Tłum rozstępuje się na nasz widok, ludzie nagrywają telefonami i poklepują po plecach. Zachęcają do dotknięcia marmuru za szkłem, co sami robią, aby przekazać duszy zmarłego energię zaczerpniętą z wcześniejszej lektury Koranu. Kładą kartki, kwiaty, kamienie, nawet komórki, aby przedmioty nabrały mocy relikwii.

Robimy zdjęcia, nikt nie protestuje. Co innego, gdybyśmy fotografowali obiekty rządowe lub wojskowe – wtedy uśmiech zniknie na twarzy, przygoda zakończy się sądem lub więzieniem, co zdarza się nieświadomym turystom. My wolimy podziwiać piękno mozaikowych meczetów, więc nie doskwierają nam kontrole: przy ulicznych punktach kontrolnych policjanci skubią pistacje i rzadko kiedy każą się zatrzymać. Zdarzyło się tylko raz, po przekroczeniu prędkości, bo droga szeroka, równa i pusta, ale obyło się bez mandatu.

Kontrole wzmagają się dopiero nad Zatoką Perską, podbrzuszu kraju z ropą i rafineriami, więc przed rejsem na wyspę Keszm wypełniamy stos formularzy, które trzeba skopiować, dołączyć wizy i paszporty, co trwa i trwa. Urzędnik uśmiecha się przepraszająco i rozkłada ręce: to nie jego wina, lecz systemu spod szyldu biurokracji, nie teokracji. Jeszcze tylko kilka minut.

Na prom wjeżdżamy godzinę później. Ze ściany wciąż patrzą Chomeini, Chamenei i Sulejmani, którzy zdają się uśmiechać.

***

Jak wszędzie na świecie wypoczywający na Keszm jedzą, piją, tańczą, śpiewają, grają w ping-ponga albo wypływają łodziami w poszukiwaniu delfinów. Turystkom zdarza się chodzić bez chust i opalać w bikini na bezludnej plaży, bo do Teheranu daleko (1500 kilometrów). Zresztą tam również są coraz większe problemy z utrzymaniem szariatu: zakrywania włosów przez kobiety, zakazu organizowania randek przed ślubem czy spożywania narkotyków i alkoholu. Każde prawo można wygiąć w lewo, więc Irańczykom zdarza się pędzić bimber w domach i nadużywać. Zakazany napitek można zdobyć w dzielnicy ormiańskiej. Chcemy? Będzie za godzinę! Cóż powiedzieć: smakuje wybornie, choć nalewka jest mocna i bliżej jej do wódki niż wina.

Persowie są wspaniali: serdeczni i bezinteresowni. Potrafią rzucić wszystko, gdy człowiek w potrzebie. Przez 30 lat udawało się ich kontrolować, ale od dekady więzy są coraz bardziej poluzowane. Na reprezentacyjnym placu Naqsh-e Jahan w Isfahanie czuć nawet zapach marihuany, bo młodzi ludzie chcą bawić się po swojemu i niespecjalnie się kryją. Przed Meczetem Szacha młoda dziewczyna rzuca chustę na bruk. Chusta leży. Dziewczyna czeka. Policja obyczajowa nie interweniuje. Zapytana o drogę, odpowiada po angielsku bardzo przyzwoicie. Daje się wciągnąć w pogawędkę: skąd jesteśmy, dokąd podążamy, czy kochamy Iran. Obcego języka dzieci uczą się w szkole, choć angielski może niebawem zastąpić chiński lub rosyjski, bo z tymi krajami Iran ma dobre układy.

Sankcje gospodarcze oznaczają mocne osłabienie riala, więc wszystko wydaje się bajecznie tanie. Zwłaszcza paliwo: litr benzyny kosztuje w przeliczeniu mniej niż złotówkę, w mieszkaniach grzejnikiem bywa kuchenny palnik palący się non stop – naturalnych bogactw Iran ma wszak pod dostatkiem. To dlatego w listopadzie ludzie wyszli na ulice, by protestować przeciwko podwyżkom cen o 50 proc. Podpalili ponad 700 banków, które zawsze są winne, w ogniu stanęły stacje benzynowe i obiekty rządowe, bo demonstracje przerodziły się w bunt przeciw władzy. Zawierucha trwała tydzień i została zduszona. Zabito ponad sto osób, co czyni protesty najbardziej krwawymi od dziesięciu lat, gdy sprzeciwiano się wyborowi Mahmuda Ahmadineżada na prezydenta.

Obecny prezydent Hasan Rouhani, choć zaliczany do reformatorów, o wywołanie zamieszek oskarżył USA. Przez granicę przechodzili różni zbrojni z nadzieją na nową rewolucję lub przynajmniej destabilizację, ale plan się nie powiódł. Trzy miesiące później nie ma śladu zamieszek, czasem na chodniku widać czarną spaleniznę. Budynki odbudowano szybko, bo klimat suchy, banki bogate, firmy ubezpieczeniowe jeszcze bogatsze, do tego sprawni inżynierowie pracujący na świecie (Syria, Turcja, Afganistan, Pakistan). Pozostała przestroga, aby nie wychodzić na ulice, bo władza stłamsi każdy opór. Nawet po styczniowej katastrofie ukraińskiego samolotu, który zestrzelili irańscy wojskowi, nie wolno było zapalić znicza w geście solidarności, i znów kogoś zabito.

Chamenei ma ponad 80 lat, żyje ponoć jak asceta, żywi się serem i daktylami, śpi na podłodze – przynajmniej tak mówią jego przyboczni – i choruje, trzeba więc liczyć się z jego odejściem, choć w pogotowiu czekają już serca do transplantacji. Jeśli wyznaczy następcę – droga rewolucji islamskiej będzie kontynuowana. Jeśli go nie wyznaczy – Iran może znowu wpaść w tarapaty, zapewne z pomocą USA. Na razie Chamenei pozostaje przewodnikiem narodu i co piątek publicznie powtarza, że Ameryka jest zła, bo mąci w Iranie na swoją korzyść. Przez tydzień przemówienie pokazuje telewizja, żeby w kolejny piątek mógł znów powiedzieć to samo.

Do tego lutowe wybory parlamentarne wygrali twardogłowi, więc zmiana – nawet po odejściu Chamaneiego – nie nastąpi szybko, bo ajatollahowie przygotowali grunt pod dalsze utrzymanie władzy. Cóż to jednak za zwycięstwo, skoro wcześniej Rada Strażników Rewolucji usunęła z list niewygodnych rywali z opozycji za „nadużycia finansowe" albo „sprzyjanie zagranicznym wrogom". Wynik wyborów był więc znany zawczasu, ważna miała okazać się frekwencja, będąca miarą akceptacji islamskiej republiki. Akceptacji najwyraźniej brak, skoro do urn wybrało się ledwie 42,5 proc. uprawnionych, co jest najniższym wynikiem od 1979 roku. I jasnym sygnałem, że ludziom nie podoba się dzisiejszy Iran. Nie tylko jedna chusta została rzucona.

***

Dlatego Farhad, 30-latek z Teheranu, chodzi na wszystkie protesty przeciw rządzącym. Przed wyjściem przytula się do mamy, mogą zobaczyć się po raz ostatni, i przechodzi pod uniesionym Koranem, jak kiedyś żołnierze w wojnie z Irakiem. Dla niego to też wojna. „Nie można nie protestować" – mówi w imieniu młodych, którzy stanowią większość społeczeństwa. Zakładają konta na Instagramie i – mimo blokowania stron z informacjami – mają niemałą wiedzę o świecie.

Farhad też wie sporo, nie myli Poland z Holland. Do tego ma w ręku rzadki fach: umie naprawiać rury z ropą i pracował nad Zatoką Perską. Jego zdaniem bogactwo kraju stało się przekleństwem Iranu. „Chciałbym, żeby tej ropy nie było" – kwituje. „Ameryka wreszcie zostawiłaby nas w spokoju".

Sam stracił dobrze płatne zajęcie, gdy ropa przestała płynąć i monter nie był potrzebny. Teraz siedzi zgaszony na ławce pod Azadi Tower, Wieżą Wolności, symbolem Teheranu. Pali papierosa i nie wie, co robić z życiem. Dobija go beznadzieja. „Wczoraj chleb kosztował 1000 riali, dzisiaj 2000, tak się nie da niczego zaplanować ani zbudować. To się musi zmienić!". W Iranie się dusi i chętnie by wyjechał, ale zostaje z powodu matki, bo po rozwodzie nie chce zostawić jej samej. Farhad prosi, żeby opowiedzieć to dzieciom, bo powinny wiedzieć, skoro podróżują po kraju pełnym sprzeczności.

Przy lodziarni w Teheranie podchodzi 15-latek, zawstydzony miętosi czapkę z daszkiem w dłoniach. Ma pytanie. Mówi świetnym angielskim, który szlifuje, oglądając zachodnie filmy i słuchając zakazanej muzyki. W jego głowie Europa to kraina płynąca mlekiem i miodem, czy tak wygląda nasze życie? Czy jest lepsze? Tylko czemu mamy takie marne telefony? I czy pozwalamy dzieciom używać Instagrama? Tak? Świetnie, przekaże tacie. Sam zamierza studiować IT, bo to przyszłość świata. Co potem? Marzy o wyjeździe, na miejscu nie ma żadnych szans na rozwój, ale wstydzi się tego marzenia, bo jak może zostawić za plecami swój ukochany Iran.

Mieliśmy podobny dylemat, ale wróciliśmy do Polski ostatnim samolotem, zanim z powodu epidemii koronawirusa wstrzymano połączenia z Teheranem.