Czy raczej – byłego Frontu Zachodniego, bo potężne zgrupowanie uderzeniowe Armii Czerwonej na Białorusi i tzw. występie białostockim, samo w pojedynkę silniejsze niż cała rzucona na Sowiety armia Hitlera, zostało w ciągu pierwszych dwóch tygodni wojny całkowicie rozgromione. Szok. No i prikaz, by szybko znaleźć i przykładnie ukarać winnych.
Pewnie nie trzeba wyjaśniać, że ani generał Pawłow, ani jego sztab w obliczu nagłego ataku przeciwnika, którego szykowali się „zarzucić czapkami”, nie wykazali się nieudolnością większą od krasnoarmijnej średniej. Rozstrzelany wraz z nimi generał Korobkow wręcz błysnął uzdolnieniami i bohaterstwem, wyprowadzając swą armię z okrążenia – na własną zgubę, bo przez to, w przeciwieństwie do pozostałych dowódców armii, był w chwili wybuchu gniewu Stalina pod ręką. Można by rzec – ot, jeden z licznych stalinowskich mordów sądowych.
Ale tu jest coś ciekawego: sowiecki sąd, jak nigdy, ostatecznie nie skorzystał z zeznań podsądnych, którzy podczas krótkiego śledztwa przyznali się do długotrwałego spiskowania z Hitlerem i sabotażu w celu spowodowania klęski. Tuż przed rozprawą wszystko to zniknęło z protokołów: ostatecznie Pawłowa i innych rozstrzelano tylko za „nieudolność i tchórzostwo”.
Nie jest zagadką, kto w ostatniej chwili zmienił gotowy już wyrok (do odczytania przed frontem wszystkich pododdziałów RKKA), usuwając z niego wszystkie brednie o spisku. Ciekawe jest, dlaczego towarzysz Stalin to zrobił.
?
Znajduję tylko jedno wyjaśnienie: Stalin przypomniał sobie sprawę pułkownika Miasojedowa. Losy owego „rosyjskiego Dreyfusa” są mało znane, choć opisał je sam Józef Mackiewicz, przypomnę więc krótko: Miasojedow był kozłem ofiarnym, na którego zrzucono winę za klęski armii rosyjskiej w analogicznej sytuacji w roku 1915. Osądzony wedle doraźnej procedury, skazany bez żadnych dowodów winy i natychmiast rozstrzelany, a potem ogłoszony symbolem narodowej zdrady, miał, tak jak i Pawłow, zdjąć odpowiedzialność za klęskę z rzeczywistych winowajców.
W istocie był kamykiem poruszającym lawinę. Mackiewicz, skupiony na splocie przypadków, który zawiódł Miasojedowa na szubienicę, niewiele o tym pisze, ale warto sięgnąć po przełożoną kilka lat temu na polski pracę Williama C. Fullera. Sprawa Miasojedowa zamiast społeczeństwo uspokoić, wprawiła je w narastającą paranoję. Wielki Zdrajca był wszak protegowanym ministra wojny Suchomlinowa – szybko i on stał się obiektem podejrzeń, a potem śledztwa. Ale Suchomlinow był protegowanym samego cara.
Łańcuch zdrady wyraźnie sięgał samych szczytów władzy. Nikt nie wątpił, że pośpiech w rozstrzelaniu szpiega wynikał z obawy, by nie podał on swych prawdziwych mocodawców; po kraju krążyły coraz bardziej przerażające pogłoski o spenetrowaniu dworu, sztabu generalnego i rządu przez wszechogarniający spisek szpiegów, na czele którego widziano carycę (Niemkę) i Rasputina.
Fuller twierdzi, że bez szeroko nagłośnionej sprawy Miasojedowa paranoi tej by nie było, a z kolei bez tej masowej paranoi, całkowicie niszczącej zaufanie do cara i jego rządu, nie wybuchłaby rewolucja. Ma rację.
?
Wyobrażam to sobie, jak Stalin przebiega wzrokiem przysłany mu wyrok i któreś ze sformułowań potrąca nagle jakąś strunę w jego pamięci.
I „kaukaski ludojad” zastyga w zamyśleniu. Jeśli tylu wysokich oficerów RKKA latami spiskowało z Hitlerem, przygotowując wspólnie taką klęskę, bezkarnie, to ktoś ich musiał kryć? To znaczy, wydając taki wyrok, kierownictwo samo przyznaje, że jest co najmniej bezradne wobec gigantycznego spisku, a kto wie, może też spenetrowane przez zdrajców. Tak jak przyznał to carat, na swoją zgubę, wieszając Miasojedowa i coraz to kolejnych jego domniemanych wspólników.
I Stalin skreśla ze złością całe akapity. Nie będzie spisku. Nie będzie też następnych, po grupie Pawłowa, procesów, choć śledcza maszyneria już się rozpędziła i następni kandydaci do rozwałki, jak zameldowano, są już wytypowani, a niektórzy nawet już się przyznali.
Rzadko, bo rzadko, ale jednak czasem ludzie czegoś się z historii uczą.