– Co mam pod powiekami, kiedy zamykam oczy? Poranki w Koninie, gdy jako dziecko budziłem się, czując lekkość własnego oddechu, a świat pachniał, jak już nigdy potem. Albo słońce, w które wpatrywałem się długo,  tak długo, że wszystko niemal zaczynało wirować. I wielkie drzewo, na którym zawsze siedziały wrony.

Człowiek sukcesu. Kompozytor, autor muzyki do ponad 50 filmów, laureat prestiżowych nowojorskich nagród za muzykę teatralną i Oscara, którego przyniosła mu ścieżka dźwiękowa do „Marzyciela" Marca Forstera. Jan A. P. Kaczmarek od ponad 20 lat mieszka na stałe w Los Angeles. Pracuje po obu stronach oceanu, jest członkiem komitetu wykonawczego Amerykańskiej Akademii Filmowej, obywatelem świata. A jednocześnie zachował w sobie coś z tamtego chłopca, który wpatrywał się w słońce. Zero wyniosłości, żadnej wody sodowej w głowie ani póz.

I zero egoizmu. Dostał od życia bardzo dużo i dziś zwraca zaciągnięty dług.

Transatlantyk cumuje w Poznaniu

Coraz częściej przyjeżdża do Polski. – Ciągnie mnie tu – mówi.

– Nawet kiedy rzeczywistość nie wygląda najlepiej i politycy się tłuką... Dobrze się tu czuję, mam potrzebę przywiezienia do swojego kraju tego, czego nauczyłem się w świecie.

W 2005 roku z okazji 25-lecia „Solidarności" napisał kantatę o wolności. Rok później „Oratorium 1956" poświęcone wydarzeniom poznańskim.

W przyszłym tygodniu, 3 lipca, w Filharmonii Narodowej w Warszawie odbędzie się prawykonanie jego „Koncertu Jankiela", zamówionego przez Instytut Mickiewicza. Trzy tygodnie później – nowej kompozycji „Otwarte okno", którą napisał na 67. rocznicę powstania warszawskiego. A 5 sierpnia zaczyna się festiwal Transatlantyk, który zorganizował w Poznaniu.

– Władze miasta poprosiły, żebym został ich ambasadorem w staraniach o tytuł europejskiej stolicy kultury. Zgodziłem się i razem wymyśliliśmy tę miejsko-wiejską imprezę, która będzie się odbywała w Poznaniu i Rozbitku.

Rozbitek to nazwa miejscowości w gminie Kwilcz, 60 kilometrów od Poznania, gdzie kompozytor kupił XIX-wieczny pałac. – Ten budynek tylko z zewnątrz pięknie wyglądał – mówi Kaczmarek. – W środku niemal nie istniał. Dzisiaj jest już starannie odrestaurowany.

Rozbitek to także nazwa instytutu, który – na wzór Sundance – założył w 2004 roku. W podpoznańskim pałacu postanowił organizować warsztaty dla młodych twórców z różnych dziedzin. Dotąd odbyły się tylko dwa próbne seminaria, na każde przyjechało po 70 kompozytorów. Na dobre Rozbitek zacznie działalność podczas festiwalu.

Transatlantyk to duma Jana Kaczmarka. – Zbudowaliśmy silny zespół – mówi. – I mimo że rynek festiwalowy w Polsce jest bardzo konkurencyjny, udało nam się stworzyć ciekawy program.

Będzie 150 filmów, m.in. polskie premiery ostatnich obrazów Tykwera, Tanovica, „Odległej dzielnicy" Sama Garbarskiego, nagrodzonej w Cannes „Polisse" Maiwenn Le Besco czy uhonorowanego Srebrnym Niedźwiedziem za reżyserię na lutowym Berlinale „Snu o Afryce" Ulricha Koehlera. Retrospektywa twórczości Milosa Formana. Przeglądy kina niemieckiego i skandynawskiego. Zorganizowane we współpracy z festiwalem berlińskim kino kulinarne. Będą też koncerty. I oczywiście codzienne warsztaty w Rozbitku, prowadzone przez sławy ze świata.

Wiodącym tematem ma być wiosna arabska. W programie znalazły się więc dokumenty pokazujące drogę Bliskiego Wschodu i północnej Afryki do wolności. Ale są też sekcje „WikiLeaks", „Eko", „Art", a także „Spotlight" poświęcone Nowemu Jorkowi i Kalifornii. No i konkursy dla kompozytorów. W pierwszym, tradycyjnym, trzeba będzie napisać muzykę do fragmentów dwóch filmów. Drugi jest unikalny. Zaraz po obejrzeniu 5 minut obrazu uczestnicy mają improwizować – grając na fortepianie, na oczach publiczności stworzyć utwór, który będzie do filmu pasował.

– To test na instynkt twórczy. Kompozytor filmowy musi umieć szybko reagować na to, co zobaczył.

Kaczmarek nie ukrywa, że chce młodym, zdolnym twórcom pomóc. Może przyspieszyć ich karierę, dać szansę pokazania swoich umiejętności i uczenia się.

Granie na ziemi niczyjej

Sam przeszedł długą drogę. Mówi o niej otwarcie. Chętnie też wraca do korzeni. W 2005 roku dostał tytuł honorowego obywatela Konina – miejsca, które kojarzy mu się z dzieciństwem. Bardzo szczęśliwym.

– W takich małych miastach pięknie się żyło – wspomina. – Biegaliśmy po ulicach na bosaka, a po deszczu puszczaliśmy w rynsztokach łódki.

Jego dziadek robił rozmaite rzeczy, przed wojną grał też w kinach do niemych filmów. Ojciec, krawiec, kierował Cechem Rzemiosł Różnych. Był miejscową figurą, prowadził księdza pod rękę w czasie procesji na Boże Ciało. Matka, jak dziadek, kochała muzykę.

– Marzyła, żebym śpiewał jak Caruso, no, w najgorszym razie jak Kiepura – śmieje się Kaczmarek. – Zaprowadziła mnie na lekcje fortepianu do pani Marii Sławień, żony przedwojennego sędziego. Pamiętam te zajęcia doskonale. Wjeżdżało się do pokoju na suknach, żeby nie pobrudzić pastowanej, błyszczącej podłogi. Nienagannie ubrana pani profesor, kiedy szło mi dobrze, dawała mi w nagrodę cukierek. Jak partaczyłem, denerwowała się. Raz omal nie zamknęła mi na palcach wieka fortepianu. Na szczęście grałem w ping-ponga i miałem dobry refleks.

W podstawówce Janek założył zespół, grał w nim na gitarze. W liceum prowadził band rockowy, który nazywał się Manufaktura. Skomponował hymn szkoły, wykonywany potem na apelach przez kilkadziesiąt lat.

– Wymyśliłem w nim tak trudną figurę, że wszyscy w tym miejscu fałszowali – śmieje się. – Nie wiem, dlaczego tak długo z tym hymnem wytrzymali.

Któregoś dnia do Konina przyjechał Michał Urbaniak z Urszulą Dudziak i Adamem Makowiczem.

– Kompletnie oszalałem – przyznaje Kaczmarek. – Powiedziałem sobie: „Koniec z bigbitem, teraz tylko jazz". Założyłem trio jazzowe. Sam grałem na instrumencie, który przypominał organy Hammonda, były też gitara basowa i perkusja.

Pokochał „jazzowanie", ale nie poszedł do konserwatorium. Chciał wyrwać się do wielkiego świata, więc wymyślił sobie zawód dyplomaty.

– Nie wiedziałem, czym jest propaganda komunistyczna – mówi. – W prowincjonalnej szkole nikt nas nie indoktrynował. Może dlatego wymyśliłem sobie tę dyplomację. Muzyka miała być tylko pięknym hobby.

Zdał w Poznaniu na prawo. Już po pierwszym roku był głęboko sfrustrowany. A jednak uparł się: wziął dwa urlopy dziekańskie, ale studia skończył.

Ważniejszy od dyplomu okazał się jednak dla niego spektakl „Apocalipsis cum figuris" Grotowskiego i staż, który potem odbył w jego teatrze.

– Działania Grotowskiego przypominały pracę z rekrutem po wciągnięciu go do armii – opowiada. – Brak snu, całonocne ćwiczenia, kompletne oderwanie od rzeczywistości. W euforii zapominaliśmy, że istnieje świat zewnętrzny. Koniec stażu stawał się dla wielu jego uczestników dramatem. Grotowski był klasycznym przykładem guru, którego fascynował sam eksperyment. Kompletnie nie dbał o konsekwencje tego, co robi. Dzisiejsze standardy nie pozwalają, by odpowiedzialny nauczyciel nie próbował powiedzieć, jak dalej żyć, bezkarnie manipulując umysłem młodego człowieka.

Tak mówi teraz. Wtedy miał wrażenie, że dotknął absolutu. Razem z przyjacielem Grzegorzem Banaszkiem godzinami improwizowali, w duchu Grotowskiego. Głównie w łazience w akademiku. A gdy ta łazienka przestała im wystarczać, zgłosili się do Teatru Ósmego Dnia. Ich „filozoficzna" muzyka spodobała się dyrektorowi Lechowi Raczakowi.

Od tej pory występowali jako Orkiestra Ósmego Dnia. Kaczmarek grał na Fidoli Fishera – rodzaju cytry o sześćdziesięciukilku strunach. Potem, przy pomocy poznańskich lutników Niewczyków skonstruował niewkacza. Nazwa pochodziła od nazwisk Niewczyk-Kaczmarek, a nowy instrument miał mieć 100 strun. Coś im się jednak pomyliło i miał 99.

Muzyka stawała się w życiu Kaczmarka coraz ważniejsza, a jednak na studia muzyczne nigdy się nie zdecydował.

– Przez dziewięć lat uczyłem się gry na fortepianie. Ale dyscyplina związana z uczelnianą edukacją była dla mnie nie do zniesienia. Poza tym akademia wydawała mi się skostniała. Instynkt podszeptywał mi, żeby się tam nie wybierać. I myślę, że to była mądra decyzja. Każdy ma swoją drogę. Jak komuś akademia służy, to super. Jak nie – nie warto się zmuszać. Warsztat trzeba budować na własną rękę, ale za to jest się wolnym od manier.

Z Orkiestrą Ósmego Dnia Kaczmarek i Banaszek zaczęli podróżować po świecie. Był stan wojenny i władza dawała artystom paszporty, żeby udowodnić, jak jest dobrze. Nazwa zespołu sprawiała, że czasem dochodziło do nieporozumień. Gdy w 1984 roku mieli koncert w Queen Elizabeth Hall, ktoś przysłał po nich na lotnisko autobus. Przewrotem stała się jednak podróż do Ameryki. Pojechali tam z inżynierem dźwięku, specjalistą od elektryczności i menedżerem. I wydali płytę.

– To graniczyło z cudem. W tamtym czasie w Polsce były dwie wytwórnie płytowe, które nagrywały albo klasykę albo muzykę popową. A my działaliśmy na ziemi niczyjej, nie graliśmy nawet jazzu.

Gdy wrócili, w Polsce też pojawiła się pierwsza prywatna wytwórnia. Wszystko się układało. Kaczmarek nagrywał płyty, robił w Poznaniu duże multimedialne koncerty. Dostał stypendium amerykańskiego Departamentu Stanu. Pojechał do Kalifornii, na miesiąc. I to była pułapka. Postanowił zostać w Ameryce. Najpierw na pół roku, potem na stałe.

– Był rok 1989, system walił się, trwały obrady Okrągłego Stołu, pachniało już demokracją – przyznaje. – Ale ja dostałem propozycję napisania muzyki do filmu. Zgodziłem się. A jak powiedziałem „a", trzeba było brnąć dalej.

Dziś, analizując tamtą decyzję, mówi: – Czułem się zmęczony statusem biednego artysty z Europy Wschodniej, przytulanego przez ludzi dobrej woli. Za komuny graliśmy gdzieś koncert, atmosfera była wspaniała, a my mieliśmy w kieszeni po 100 dolarów. Zamówienie wody mineralnej stawało się ryzykowną operacją. Chciałem kiedyś zaprosić na dobrą kolację tych, którzy przedtem zapraszali mnie. Sprowadził do Los Angeles żonę i czworo dzieci. Najstarsze miało wówczas 11 lat, najmłodsze 18 miesięcy. – Szybko zobaczyłem, czym są schody – mówi.

Ameryka bez cwaniactwa

Pierwszy film, mało udany horror, nie otworzył mu drzwi do Hollywood. Pracował dla teatrów w Los Angeles, w Nowym Jorku. Za muzykę do spektaklu „Szkoda, że ona nie jest ladacznicą" wyreżyserowanego przez Joannę Kawaitis dostał prestiżową nagrodę nowojorską. Jednak szybko okazało się, że z pracy dla teatru nie był w stanie utrzymać czworga dzieci.

– Taki los każdego emigranta-inteligenta, który często deklasuje się i musi mozolnie odbudowywać swój status – mówi. – Dla mnie ten okres miał jedną wartość. Byłem typowym produktem naszej kultury, która wadzi się z Bogiem i ma tradycje romantyzmu zmieszanego z dulszczyzną. Nosiłem w sobie arogancję, za którą stały wszystkie polskie mity. Ameryka zadziałała jak prysznic zimnej wody. Tam nikt nie zwracał uwagi na mnie, mój talent i status artysty. Zostałem bez grosza. To była lekcja pokory.

To wtedy zmienił w swoim życiu wszystko, nawet sposób mówienia: – W Polsce wypowiadałem się starannie modulowanym głosem i byłem ofiarą bogoojczyźnianych lektur. Ameryka mnie rozluźniła. Zakwestionowała moją wartość i dlatego pozwoliła mi się zbudować od nowa. Nauczyła mnie doceniać sukces, pomogła zrozumieć, jak krucha jest kariera i jak bardzo nie na miejscu jakiekolwiek wywyższanie się.

Kaczmarek nie ukrywa, że ta lekcja dużo go kosztowała. Był przecież odpowiedzialny za rodzinę. A jednocześnie wiedział, że nie powinien pracować w innym zawodzie, bo przestanie komponować.

– Dzięki kartom kredytowym, które zadłużyłem na niewyobrażalnie wysokie sumy, dzieci nie zorientowały się, jak blisko byliśmy od katastrofy – przyznaje. – Być może Amerykanin ogłosiłby bankructwo i zaczął wszystko od nowa. Ale ja miałem ambicję, żeby swoje długi spłacić. I dziś jestem dumny, że poszedłem prostą drogą, bez cwaniactwa.

Zaczął pracować dla telewizji, a przełomem w kinie stała się współpraca z Agnieszką Holland. W 1995 roku napisał muzykę do „Całkowitego zaćmienia".

– Agnieszka była po „Tajemniczym ogrodzie", mogła pracować z kim chciała. Dużo ryzykowała, powierzając mi napisanie muzyki. Ale mnie jej wyciągnięta ręka bardzo wtedy pomogła.

Zrobili razem cztery filmy. Kaczmarek pracował też z Yurkiem Bogajewiczem, Januszem Kamińskim. – Miałem szczęście, że spotkałem kilka osób bliskich mi intelektualnie i artystycznie – twierdzi.

Jemu udało się, choć przyznaje, że generalnie Polacy nie trzymają się razem. – Trudno być razem, gdy każdy walczy, próbuje przetrwać – usprawiedliwia ten stan. – Ale na pewno my, Polacy, mamy jedną wadę: nie budujemy struktur. Inne nacje zakładają kluby, stowarzyszenia, my tylko w sytuacjach trudnych dajemy dowody solidarności. A w czasach prosperity mamy gęsią skórkę na myśl o jakichkolwiek wspólnotach.

Może dlatego wiele lat później założył Instytut Rozbitek... On sam przebijał się z trudem.

– W Stanach koncentracja talentu jest ogromna, dlatego niełatwo jest wejść do filmowego biznesu – mówi. – A jeszcze trudniej w nim przetrwać. Ale każdy sukces pracuje na ciebie.

Powoli więc jego pozycja wzmacniała się. Przyszły propozycje od innych reżyserów, w 1999 roku dla Maksa Farberbocka napisał znakomitą muzykę do „Aimee i Jaguar", a w 2002 roku do „Niewiernej" Adriana Lyne'a.

Jego nazwisko zaczęło się liczyć. Zwłaszcza że był inny od ogromnie utytułowanych kolegów amerykańskich.

– Europejski kompozytor może stać się w Hollywood rarytasem – twierdzi. – Bo my przywozimy pewną świeżość. Mogę się amerykanizować, ile chcę, ale dla rodowitego Amerykanina i tak pozostanę inny. I oni to cenią. Kiedy rozmawiam ze swoimi studentami, powtarzam: „Mówcie własnym głosem, bo nikt nie szuka kopii. Jeśli studio potrzebuje Johna Williamsa, to wie, gdzie go znaleźć. Nie ma powodu, żeby szukać nowej twarzy i podejmować ryzyko dla kopii.

Oscarowa polisa

2004 rok przyniósł mu „Marzyciela". – Film z taką obsadą i o takim temacie jest dla kompozytora wielką szansą – mówi Kaczmarek. – Dlatego niejeden artysta miał na „Marzyciela" ochotę. Między innymi John Williams, gigant, hollywoodzka legenda. Producenci w ogóle się z nim nie spotkali, żeby mu nie odmawiać. Mark Forster znał moją twórczość i był nią zainteresowany. Jeszcze bardziej producent Richard Gladstein. Spotkaliśmy się, a potem chyba rozproszyłem ich obawy, wysyłając specjalnie przygotowane demo. Stworzyłem im komfort psychiczny, żeby mogli mi zaufać.

Napisał prosty, jasny utwór na chór chłopięcy i orkiestrę, na własny koszt nagrał go w Warszawie, wysłał Gladsteinowi i czekał.

– Mogłem usłyszeć to, co zwykle mówią w Hollywood: „Jan, this is fantastic, but...". To „but...", czyli „ale..." z reguły kończy sprawę. Podejrzewałem, że tym razem też je usłyszę. Autor muzyki do „Titanica" James Horner chciał zrobić ten film za jednego dolara. A ja już nieraz bywałem w tej ostatniej dwójce, gdy mój konkurent wyciągał argument decydujący – czasem wspólne dzieciństwo albo te same lektury czytane w szkole – i przegrywałem.

Tym razem jednak wygrał. A rok później w Kodak Theatre odbierał Oscara za najlepszą muzykę.

– W Ameryce Oscar to rodzaj tytułu szlacheckiego – przyznaje. – Choć ma on, jak każdy sukces,  też swoje złe strony. Z facetem, który ma Oscara, je się obiad, prowadzi kulturalną  rozmowę, ale niektórzy boją się z nim pracować. Zastanawiają się, czy nie jest kapryśną primabaleriną i czy nie jest za drogi. Za to poza granicami Ameryki statuetka otwiera wszystkie drzwi. Jest jak polisa ubezpieczeniowa. Nie ma takiej uczelni filmowej na świecie, gdzie nie mógłbym dostać etatu, by dzielić się ze studentami swoją wiedzą.

Jan Kaczmarek żartuje, że im dalej od Hollywood, tym siła Oscara jest większa.

– Niedawno koncertowałem w Japonii. Ogromne przeżycie, bo Japończycy inaczej odbierają muzykę. Siedzą i nie oddychają. Publiczność europejska reaguje, daje jakieś znaki. Tu nic. Wydaje się, że to koniec. Totalna klęska. A po ostatnim dźwięku nagle wybucha szalony entuzjazm.

Dziś ma na swoim koncie kolejne filmy, m.in. „Mój przyjaciel Hachiko" Lasse Hallstroma i kilka polskich koprodukcji z zagranicą: „Aż po grób" Aarona Schneidera, „City Island" Raymonda De Felitty, „Braci Karamazow" Petra Zelenki, „Dzieci Ireny Sendlerowej" Johna Kenta Harrisona.

Polemika z filmem

Każdy film jest innym wyzwaniem – twierdzi. – Mam ambicję, by moja muzyka nie była tapetą. Nie lubię ilustrować, wolę polemizować, tworzyć kontrapunkt. Jak się wszystko wali i płonie ogień, to buduję dramat łagodnością. Oczywiście, są gatunki takie jak kino przygody czy western, gdzie jest mniej miejsca na kreatywność i trzeba zbudować rodzaj motoru popędzającego akcję. Ale w dramacie można eksperymentować.

W ostatnich miesiącach zrezygnował z pracy dla kina, poświęcając się głównie polskim kompozycjom, Rozbitkowi i festiwalowi.

W Stanach jest cała jego rodzina. Dobry duch – żona Elżbieta. Dorosłe dzieci. Szymon ma 32 lata, jest didżejem i pomaga mu programować muzyczną część Transatlantyku, Anastazja pisze scenariusze, Antoni pracuje jako asystent w dużej agencji aktorskiej, pasją najmłodszej Józefiny jest gotowanie. Są samodzielni. Kiedy pytam, czy myśli o tym, by kiedyś wrócić do Polski na stałe, odpowiada:

– Wszystko może się wydarzyć. Nie ma już kurtyny, świat się kurczy. Gdy pracowaliśmy nad „Hachiko", Lasse Hallstrom był w Sztokholmie, montażystka w Nowym Jorku, a ja w Poznaniu. Ekrany naszych komputerów były podzielone na cztery części – na jednej leciał film, a na pozostałych byliśmy my i wymienialiśmy uwagi. Można tak pracować. A Rozbitek ma ogromny urok. Jak zacznie żyć własnym życiem, jak będą tam przyjeżdżali ciekawi ludzie i zawsze będę mógł liczyć na pasjonującą rozmowę, to może nie będę mógł oprzeć się tej przyjemności. I okaże się, że to jest moje miejsce na ziemi. Nie wiem... czas pokaże.