Reakcja Bogusława Chraboty na mój tekst o utracie przez liberałów hegemonicznej pozycji w III RP („Liberalna katedra upada”; „Plus Minus” 11-12 października) jest najlepszym potwierdzeniem słuszności postawionej przeze mnie diagnozy. Skoro były redaktor naczelny „Rzeczpospolitej” nie dostrzega degeneracji i zmierzchu demoliberalizmu, to trudno o bardziej wyrazisty symbol oderwania obrońców istniejącego porządku od rzeczywistości.
W swoim felietonie („Liberalna demokracja. Obyśmy za nią nie zatęsknili”, „Plus Minus” 25-26 października) Chrabota zarzuca mi „infantylne uproszczenia”, po czym przypomina, że już byli tacy, którym nie podobała się demokracja liberalna – naziści i komuniści. Rozumiem więc, że owa domniemana otwartość demokratów liberalnych polega na tym, iż w obliczu krytyki należy z bliżej nieokreślonego powodu nazywać swoich polemistów zwolennikami totalitaryzmu. Pozostałe argumenty utrzymane są w podobnym duchu. Krytykę demokracji liberalnej sformułowaną w 2007 r. przez Ryszarda Legutkę redaktor Chrabota zbywa – Legutko to wszak PiS-owiec. A jeśli ktoś jest PiS-owcem, to przecież nie wypada go cytować ani z nim dyskutować, nawet jeśli jest profesorem filozofii. To kolejny przykład pokazujący, jak bardzo współcześni liberałowie mają problem z wolną debatą, do której – jak twierdzą – są tak mocno przywiązani.