To był znamienny dzień. W Charkowie rosyjski pocisk trafił w blok mieszkalny. Zabił pięć osób, w tym półtoraroczne dziecko. Ukraińcy zaatakowali rosyjskie instalacje naftowe. A w Waszyngtonie prezydent Wołodymyr Zełenski robił wszystko, aby nie urazić Donalda Trumpa. Wraz z nim taniec wokół narcystycznego szefa amerykańskiego państwa uprawiała grupa europejskich przywódców.
Kilku polskich ekspertów orzekło, że już fakt, iż Trump nie zerwał rozmów, to sukces. Był przyjazny, z czego Witold Sokała wyciągnął wniosek, że uwolnił się przynajmniej na chwilę od magnetycznego wpływu Władimira Putina. Zaledwie trzy dni wcześniej przyjmował go na Alasce, prowadząc po czerwonym dywanie. Jest pierwszym prezydentem USA, który bił brawo przywódcy Rosji. I to takiemu, który dopiero co splamił się wojennymi zbrodniami.