17 grudnia do przedsiębiorcy spod Łańcuta pięciu zamaskowanych napastników wdarło się w nocy, wybijając szybę. Mieli czarne kominiarki i rękawiczki, młotek i noże wzięli z kuchni właściciela domu. Związali mu ręce i nogi, bili pięściami po głowie i polewali wrzątkiem, żeby podał im kod do sejfu, przykładali nóż do szyi. A na piętrze związali nastoletniego chłopca. Oszołomiony biznesmen początkowo nie był w stanie przypomnieć sobie kodu do sejfu, ale w końcu trafił we właściwe cyfry.
– Sprawcy zabrali z sejfu 100 tys. zł, zegarek oraz złotą bransoletkę. Łącznie straty wyniosły 220 tys. zł – podaje prok. Krzysztof Ciechanowski z Prokuratury Okręgowej w Rzeszowie.
W nocy z 26 na 27 sierpnia ubiegłego roku w Sanoku do domu zamożnej rodziny w podobny sposób wdarło się czterech sprawców. Dzieci skrępowali i zamknęli w łazience, ich rodziców torturowali, polewając wrzątkiem i bijąc – małżonkowie oddali wszystko, co było w domu cenne. Policję zaalarmował sąsiad, który ok. 5 rano usłyszał krzyki.
– Przyjąłbym tezę, że mamy do czynienia z jedną grupą przestępczą – sugeruje Marek Dyjasz.
– Mechanizm działania sprawców rzeczywiście był podobny. Jednak nie ma na razie przesłanek wskazujących na to, że stały za tym te same osoby – mówi prok. Marta Kolendowska-Matejczuk, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Krośnie.
A Piotr Wojtunik, rzecznik podkarpackiej policji, zapewnia: – Rozwiązanie tych spraw to nasz priorytet. Pracuje nad tym powołana przez komendanta wojewódzkiego grupa śledcza, złożona z funkcjonariuszy pionów kryminalnych w KWP i komend z terenu, gdzie doszło do napadów.
Dlaczego przykłady obu napadów przytaczamy w tym tekście? Według nieoficjalnych informacji, w obu brali udział mężczyźni mówiący ze wschodnim akcentem.
Powołanie specjalnej grupy w policji wskazuje, że śledczy widzą zagrożenie i rangę problemu. – Zawsze zdarzały się napady na „kantorowców”, ale brutalne rozboje w biały dzień, rabunek pieniędzy czy siłowe najścia w środku nocy do domów, krępowanie domowników, przypalanie, bicie – tego już bardzo dawno nie było. Nie można tego lekceważyć – przestrzega Marek Dyjasz. – Przestępczość tak funkcjonuje, że jeżeli służby lekko „przysną”, natychmiast zostanie to wykorzystane – dodaje. I uważa, że „jeżeli w miarę szybko nie rozpozna się tego środowiska i nie zacznie zwalczać, to gruzińskie grupy mogą się tak mocno osadzić w naszych realiach, że później będzie trudno je rozbijać”.
Dlaczego tak trudno walczyć z gangami? Ekspert: policja powinna zmienić tryb inwigilacji
Statystyki przestępczości mogą być mylące. Weźmy choć liczbę przestępstw kryminalnych, których w ubiegłym roku odnotowano 439 tys. To o 44 tys. mniej niż rok wcześniej, co jednak jest m.in. efektem podniesienia do 800 zł progu pomiędzy wykroczeniem a przestępstwem, więc część czynów kryminalnych wypadła ze statystyki przestępstw.
Rozbojów było 4,6 tys., w tym 332 z użyciem noża czy broni, o 429 mniej niż w 2023 r. Problemem jest jednak przybierająca na sile brutalność dokonujących ich przestępców i to, że coraz łatwiej stać się ich ofiarą. Niedawno w Warszawie wpadło czterech Gruzinów, którzy atakowali przypadkowe osoby w celach rabunkowych. Z kolei ich rodak, 32-latek, uzbrojony w nóż, okradał w centrum stolicy starsze kobiety z gotówki, którą wzięły z banku, i zrzucał ofiary ze schodów.
Z danych Komendy Głównej Policji wynika, że liczba Gruzinów podejrzanych o rozboje i kradzieże rozbójnicze wzrosła trzykrotnie – z 31 w 2023 r. do 90 w roku ubiegłym (w okresie od stycznia do października, bo to najświeższe dane policji). A np. Ukraińców wśród sprawców takich czynów było 85, przy nieporównanie większej liczbie osób tej narodowości w Polsce.
– Brutalne rozboje i napady czy siłowe wtargnięcia do prywatnych domów, choć nie jest to masowa skala, pokazują, że trzeba już wkraczać w płaszczyzny rozpoznania grup, które tego dokonują. Żebyśmy później nie stali dziesięć kroków w tyle za przestępcami, ale deptali im po piętach – uważa Marek Dyjasz.
Do końca października 2024 r. jakiekolwiek przestępstwo popełniło w Polsce łącznie 13 556 cudzoziemców. Najwięcej obywateli Ukrainy – 7965, Gruzji – 1540, i Białorusi – 961. Liczba Gruzinów podejrzanych o przestępstwa spadła o 814, co może być efektem częstszych deportacji. Straż Graniczna w minionym roku (do 1 grudnia) wydaliła z Polski 7856 cudzoziemców – to o 1100 więcej niż rok wcześniej. Najwięcej deportowanych było właśnie obywateli Gruzji – łącznie 2547.
Jak walczyć z gruzińskimi gangami? – Ich rozpracowanie jest bardzo trudne. Wydaje się, że mamy do czynienia z kilkoma odrębnymi grupami. Tymczasem one działają w sposób korporacyjny, wzajemnej wymiany i uzupełniania się na różnych etapach działalności przestępczej – tłumaczy Andrzej Mroczek.
I wskazuje, że „najpierw musi być dobre rozpoznanie, a więc dobra praca operacyjno-rozpoznawcza, bo trudno rozpracowywać coś, o czym nie wiemy.” – Z tym jest problem, bo w ciągu ostatnich kilkunastu lat praca policji w tym zakresie diametralnie się zmieniła – zaznacza.
Według niego policjanci opierają obecnie swoje działania operacyjno-rozpoznawcze na wykorzystywaniu informacji ze środków technicznych – kamer, lokalizatorów, podsłuchów, a zarzucono klasyczną pracę operacyjną z „osobowymi źródłami informacji”. Tymczasem gruzińskie grupy może i korzystają z nowych technologii, np. wymieniają informacje przez komunikatory internetowe, ale napadają w sposób klasyczny.
– Polska policja czuje się trochę zagubiona, jeśli ma do czynienia z „klasyką”. Porusza się jak we mgle, nie potrafi przestawić trybów na zupełnie inną formę ich inwigilacji – mówi Mroczek.
Wielu gangsterów jest więc nieuchwytnych. Wciąż poszukuje się np. sprawców brutalnego rozboju z października zeszłego roku na parkingu centrum handlowego w Sosnowcu. Ok. godz. 10 czterech mężczyzn zaatakowało tam Węgra i Słowaka – zabrali im kilkadziesiąt tysięcy euro i odjechali białym mercedesem. Policja opublikowała zdjęcie i numery rejestracyjne samochodu, licząc na pomoc w ustaleniu sprawców.
Do dziś nie wiadomo też, kto w październiku ubiegłego roku przy ul. Wilczej w Warszawie ukradł 250 tys. euro (ponad 1 mln zł). Zamaskowani napastnicy w dzień podbiegli do samochodu, wybili w nim szybę i zniknęli z torbą pełną gotówki. Mimo obławy jakby się rozpłynęli. – Sprawa pozostaje w toku, nie ustalono sprawców i nie odzyskano pieniędzy – mówi prok. Skiba.
Andrzej Mroczek zauważa: – Policjanci obserwują, że Gruzini tworzą swojego rodzaju diaspory przestępcze, ciężko jest więc do nich przeniknąć i pozyskiwać informacje ze środka. Mimo że niespecjalnie kryją się z tym, gdzie mają mieszkania i bazy wypadowe. Tak jest na przykład w Warszawie na Pradze-Północ.
Ekspert ocenia, że jeżeli to zjawisko nie zostanie przecięte, to możemy w najbliższym czasie mierzyć się z nasileniem przestępczości gruzińskiej. – Zwłaszcza że gdy skończy się wojna w Ukrainie, do Polski zapewne napłyną powojenne „zasoby przestępcze”, a także broń palna, materiały wybuchowe, granaty. Część tej broni zostanie w Polsce, część będzie tranzytem przewożona do Niemiec, Francji czy Belgii i tam sprzedawana organizacjom terrorystycznym – przewiduje.
Przypomina, że z takim zjawiskiem mierzyliśmy się po zakończeniu wojny na Bałkanach. – Tamta wojna była od nas daleko, a po jej zakończeniu polski rynek został zalany bronią z byłej Jugosławii. A tu mamy wojnę przez miedzę – zaznacza.
Jeżeli przestępczość gruzińska się rozleje, będziemy mieli ogromny problem
Pewien były wysokiej rangi oficer policji przekonuje, że „walka ze zorganizowaną przestępczością – gruzińską, ukraińską – została odpuszczona”. – Policjanci widzą, co robi sejmowa komisja ds. Pegasusa, i boją się stosować zwykłą kontrolę operacyjną – twierdzi. Jak mówi, w planach było utworzenie specjalnej podstruktury w Centralnym Biurze Śledczym Policji (CBŚP) zajmującej się zwalczaniem gruzińskich gangsterów, powstał także zespół zadaniowy w Europolu, „bo oni w całej Europie zaczynają się bardzo rozrastać”. – Wszystko utknęło – ocenia nasz rozmówca.
– Grupy gruzińskie są zwalczane tak, jak wszystkie inne zorganizowane grupy przestępcze. Trudno tworzyć specjalne komórki do sprawców takiej czy innej narodowości – odpowiada jednak na te zarzuty Krzysztof Wrześniowski, rzecznik CBŚP.
Marek Dyjasz ma nadzieję, że „rozpoznanie przez policję diaspory gruzińskiej będzie prowadzone”. – Bo jeżeli ta przestępczość się rozleje, będziemy mieli z tym ogromny problem – ocenia.
– Zjawisko jest bardzo niebezpieczne, policja powinna podjąć działania, by poziom aktywności takich grup zniwelować przynajmniej do takiego stopnia, by nie wpływały one na poczucie bezpieczeństwa polskich obywateli – zaznacza Mroczek.
„Pruszków”, „Wołomin”, „obcinacze palców”...
Zorganizowana przestępczość rozpleniła się, gdy upadała komuna i rodziło się nowe państwo. – To był Dziki Zachód – nieraz słyszałam od policjantów, którzy wtedy byli w służbie.
Gangsterzy przy otwartej kurtynie załatwiali porachunki – na ulicach wybuchały bomby, dochodziło do strzelanin i zabójstw. Kraj w latach 90. był podzielony na strefy wpływów pomiędzy potężny gang pruszkowski, który przez dekadę uchodził za najpotężniejszą przestępczą organizację, oraz postrzegany jako mniejszy, choć równie groźny, gang wołomiński, z „ośrodkiem kierowania” w Ząbkach pod Warszawą, gdzie mieszkał jego szef. Mniejsze grupy, żeby żyć z przestępstw, musiały się im opłacać.
„Pruszków” miał kilkuosobowy „zarząd” (był w nim m.in. „Słowik”, „Wańka”, „Malizna” – a później – także Andrzej K. ps. „Pershing”, który stał się liderem). Grupa miała swoich kapitanów (jednym z nich był późniejszy słynny świadek koronny Jarosław S., „Masa”), i żołnierzy. Przemycała spirytus z Niemiec, napadała na tiry z towarami, ściągała haracze. Opornych bito i zastraszano – w głośnym proteście nękani przez gangsterów restauratorzy na warszawskiej Starówce w szczycie sezonu zamknęli lokale.
Był to czas, gdy na potęgę kradziono samochody – robiła to m.in grupa, w której działał Igor Ł., ps. „Patyk” (także późniejszy świadek koronny). Metody: na stłuczkę, na kolec; złodzieje lubili też zajeżdżać drogę i po prostu wyciągać kierowców z samochodów – lexusa stracił m.in. Jerzy Dziewulski, antyterrorysta, wtedy poseł SLD.
Grupa wołomińska – z szefem Henrykiem N. ps. „Dziad” i jego bratem ps. „Wariat” – również żyła z kradzieży aut, przemytu spirytusu, haraczy i narkotyków, tyle że opanowała inne tereny. Był i gang „Rympałka”, który w 1995 r. zrobił „skok stulecia”, kradnąc konwojentom na warszawskim Ursynowie 1,2 mln zł, gang mokotowski, który porywał dla okupu i przemycał kokainę z Kolumbii, i jego odłam – „obcinacze palców”. Jego członkowie, by wymusić okup, przysyłali bliskim palce porwanych. W Szczecinie działał gang „Oczki”, w Trójmieście Nikodem S. „Nikoś”, na Dolnym Śląsku – „Carrington”.
Gwałty z aplikacji
„Seks, tylko pięć minut" – kilka słów łamaną polszczyzną i kierowca zatrzymuje samochód w ustronn...
Gangsterzy ostentacyjnie paradowali z bronią i afiszowali się bogactwem. „Słowik” ślub brał w Las Vegas, a jego zdjęcia w wannie z kieliszkiem szampana pokazywały tabloidy.
Przestępcze kariery urywały się znienacka. Dwóch bossów „Wołomina” zastrzelono w warszawskim klubie. W 1999 r. w Zakopanem, gdzie pojechał na narty, zginął „Pershing”, w klubie w Gdyni – „Nikoś”. Seria z kałasznikowa zakończyła życie Wojciecha K. ps. „Kiełbasa”, gdy szedł do sklepu po pieczywo. „Dziad” zmarł w 2007 r. śmiercią naturalną, ale był już wtedy w więzieniu.
Potęga „Pruszkowa” zaczęła się kruszyć w 2000 r., gdy w ręce policji wpadł Jarosław S. i poszedł na współpracę. Obławą na członków gangów kierował gen. Adam Rapacki, twórca Centralnego Biura Śledczego, późniejszy wiceszef resortu spraw wewnętrznych – sukcesywnie wyłapano wszystkich.
Z czasem obywatele odwykli od informacji o bombach wybuchających w klubach, zamachach na ulicach czy torturowaniu ofiar. Aż do teraz, gdy brutalna zorganizowana przestępczość powróciła pod postacią zagranicznych gangów operujących w Polsce.