Liczy niemal 500 stron, wciąga już od pierwszej, zastanawia i hipnotyzuje. Scott McCloud, zainspirowany mangą, pokazuje nowojorski świat wypełniony obsesją i pragnieniem wielkości, na kształt tkanki rakowej toczącymi zachodnią cywilizację.
Główny bohater, rzeźbiarz David Smith, jest samotnikiem obsesyjnie poszukującym akceptacji wielkiego świata. Zamiast szlachetnie tworzyć w samotności i gardzić motłochem, zalewa się sznapsem i biadoli, że opuścił go bogaty protektor. W zamian za sukces artystyczny gotowy jest oddać to, co ma najcenniejsze, czyli swoje życie, dar, który tak naprawdę do niego nie należy. Ale młody rzeźbiarz nie zważa na to i przyjmuje propozycję od spotkanego w knajpie wujka (pod jego postacią ukrywa się Kostucha) – jeśli za 200 dni odniesie sukces, to chętnie pożegna się z tym padołem.
W zamian otrzymuje cudowny dar, dzięki któremu może machać jedną rzeźbę za drugą. A nowojorskie dni i tygodnie przebiegają szybko, w różnych odcieniach szarości, padającego deszczu i płatków śniegu, które pod pędzelkiem McClouda opowiadają nam swoją niepojętą historię i czasem – kadr po kadrze – jest ona ciekawsza niż losy samego Davida. Depresyjnego klimatu całości dopełnia trudna relacja miłosna, jaką bohater nawiązuje z równie niespełnioną i sfrustrowaną aktorką Meg. Urzekają za to rysowane sceny miłosne między tymi dwojgiem, można je do woli kontemplować. Co poza tym? „Przy jednym stole zgromadzili się świeccy Żydzi, katolicy z odzysku, unitarianie, poganie, homoseksualni byli mormoni i jeden chrześcijanin".
Na ten przygnębiający światek nowojorskiej bohemy niezbędne jest remedium. Udzielić go może tylko Ozzy Osbourne, bo Ozzy jest dobry na wszystko. We właśnie wydanym poradniku „Zaufaj mi, jestem dr Ozzy" szalony wokalista Black Sabbath odkrywa własne sposoby na stany depresyjne. „Antydepresanty to wspaniały wynalazek, Davidzie – pisze Ozzy – ale rozmontują ci cały sprzęt. Zażywam je od lat i choć mi staje, nie ma fajerwerków. Przez całą noc naparzam nad Sharon [żona Ozzy'ego – W.Ch.] jak młot pneumatyczny. Próbowałem z viagrą, ale gdy zaczynała działać, żoneczka już smacznie spała. Siedziałem wtedy ze sterczącym masztem i oglądałem History Channel, bo nic innego nie miałem do roboty". Może jednak lepiej po prostu odstawić antydepresanty i viagrę i poczytać Ozzy'ego? A jak się znudzi – włączyć History Channel. I nigdy nie zawierać żadnych paktów ze śmiercią. Wszystkim wyjdzie na zdrowie.