Drony latają nad lasami, pampasami, buszem, poszukując ognisk pożarów. Drony monitorują ruch kołowy w gigantycznych metropoliach, latem patrolują plaże i kąpieliska; policja posługuje się dronami do odnajdywania porzuconych lub skradzionych aut, firmy kurierskie zaczynają wykorzystywać drony do doręczania przesyłek w miejsca trudno dostępne. Dronów używają ornitolodzy do podpatrywania czapli i żurawi. Do monitorowania naszej wschodniej granicy, od obwodu kaliningradzkiego po Bieszczady, polska Straż Graniczna zakupiła za 6 mln zł cztery drony, które trafią do jednostek nadbużańskiego oddziału – są wyposażone w systemy optoelektroniczne umożliwiające obserwację o każdej porze dnia i przy każdej pogodzie, także w termowizji.
Dziś nikt już nie rozważa kwestii, czy drony są czy nie są użyteczne ani nawet do czego mogą takie być. Dziś o dronach rozprawia się tak jak o nowych, kolejno wchodzących na rynek modelach samochodów: które są najsprawniejsze, najbardziej niezawodne, najtańsze, najdroższe.
Badacze patrzą z góry
Najnowsza rewelacja dotycząca dronów jest taka, że w Wielkiej Brytanii odbyły się udane testy latającego robota napędzanego wodorem. Dron testowany przez firmę Cella używa paliwa w stanie stałym. Są to centymetrowe kostki wykonane z substancji, która lekko ogrzana wydziela wodór. Sto takich kostek stanowił zapas paliwa wystarczający bez problemu na dwie godziny lotu. Wodorowy dron jest lżejszy i może latać dłużej niż roboty na baterie, jest też ekologiczny, ponieważ emituje wyłącznie parę wodą.
Właśnie takiej klasy „zabawkami" coraz częściej i z coraz lepszym skutkiem posługują się archeolodzy, poszukując nowych stanowisk archeologicznych. A jeszcze sto lat temu wyglądało to tak, jak opisuje pionier poszukiwań archeologicznych Zygmunt Gloger.
Aby znajdować stanowiska nad Niemnem, zakupił w Grodnie łódź, czajkę, która „okazała się starą, dziurawą i cieknącą, trzeba więc było najpierw kupić: konopie, gwoździe, smołę szwecką, garnek do jej roztopienia i zająć się naprawą, wyciągnąwszy łódkę na ląd (...) Bez zapasu smoły ani rusz w taką drogę. Więc ognisko nad Niemnem rozniecił (najęty sternik), pakułami dziury i szpary w dnie i bokach łódki utykał i smołą gorącą zalewał, a tak był pełen wiary w skuteczność tego środka, że nawet pachwiny między palcami u swoich bosych nóg, żeby skóra w czasie długiej podróży wodnej nie popękała, zawczasu smołą sobie namaścił" („Dolinami rzek. Opis podróży wzdłuż Niemna, Wisły i Bugu", Warszawa 1903).