Zimbardo jest wybitnym naukowcem – psychologiem zajmującym się również psychologią społeczną. Różne portale i gazety zareagowały na jego odczyt w odmienny sposób, w zależności od swoich sympatii politycznych. Streszczenia tego, co mówił prof. Zimbardo, były do siebie bardzo podobne, ale tytuły różniły się od siebie.
Na przykład portal Natemat.pl zachęcał czytelników dużym tytułem: „IPN poprosił Zimbardo o wygłoszenie wykładu o totalitaryzmie, a ten... mówił rzeczy, które mogą uderzać w PiS". Dwie kuropatwy zestrzelone jedną kulą: ach, jaki podstępny jest ten IPN, panowie sprawujący władzę powinniście to w końcu zrozumieć, i jaki okropny jest ten PiS, który prowadzi Polskę w stronę totalitaryzmu (chyba że już doprowadził?).
Kolejnym zabawnym wskaźnikiem sympatii politycznych było wybranie jednej tylko postaci, którą prof. Zimbardo wymienił wśród wielu innych. Mówiąc o pozytywnych przykładach, wskazał Polaków: m.in. Kazimierza Pułaskiego, Tadeusza Kościuszkę, Józefa Piłsudskiego, Jana Karskiego, rotmistrza Witolda Pileckiego, Irenę Sendlerową i Lecha Wałęsę. Portal Natemat.pl wymienił jedynie Wałęsę.
Głupota wygrywa zazwyczaj ze sprytem. Umieszczenie Wałęsy w takim panteonie tylko podniosłoby jego rangę, ale czego można się spodziewać po ludziach, którzy skłonili swoich zwolenników, by w imię wolności i demokracji pałętali się po ulicach z napisem „Jestem Bolkiem". Nawet sam Wałęsa w dni nieparzyste twierdzi, że nie jest/nie był „Bolkiem". Można, jak ktoś chce, bronić roli Wałęsy jako przywódcy, jako tego, który podpisał Porozumienia Sierpniowe, jako symbolu, ale jak można go bronić jako agenta SB o pseudonimie Bolek?
Totalitaryzm jest oczywiście sprawą bardzo poważną i od prawie 100 lat (dokładnie 93) trwa debata na temat definicji, przykładów empirycznych, drogach do i od totalitaryzmu. Zajmowały się tym wybitne umysły, np. Raymond Aron, Robert Conquest, Carl Joachim Friedrich, Walter Laqueur, Juan Linz, Richard Löwenthal, Karl Popper, Leonard Schapiro, a także „nasi... Polacy", by zacytować Władysława Gomułkę: Leopold Łabędź, Zbigniew Brzeziński, Richard Pipes i Adam Ulam.
Totalitaryzm nie jest ani autorytaryzmem, ani dyktaturą, ani państwem policyjnym. Totalitaryzm jest tym wszystkim i czymś więcej. Jest pełną władzą państwa nad obywatelem i nad wszystkimi dziedzinami życia. Dlatego więc np. niektórzy autorzy uważali, że Niemcy hitlerowskie nie były totalitaryzmem doskonałym, gdyż Hitler nie znacjonalizował gospodarki. Związek Sowiecki i Korea Północna są państwami, które najbardziej zbliżyły się do ideału.
Totalitaryzm jest czymś strasznym, ma twarz Stalina i Pol Pota. Z totalitaryzmu nie należy żartować ani używać go do doraźnej propagandy.
A jednak jacyś niedouczeni antypisowcy zaczynają twierdzić, że wyrzucenie kilku (kilkunastu, nawet kilkuset) dziennikarzy z posad w TVP i spór o Trybunał Konstytucyjny to prosta droga do totalitaryzmu. Jeśli dodać do tego piski pewnego redaktora naczelnego i wojownicze okrzyki Władysława Frasyniuka, to zwyczajny obywatel zacznie się naprawdę bać, że „oni" niedługo zapukają do drzwi o świcie i będą strzelać do demonstrantów noszących tabliczki z napisem „Jestem Bolkiem".
Pamiętam moje pierwsze wrażenia z Paryża, gdzie wylądowałam w 1970 roku. Kończyła się fala buntu 1968 roku, ale po ulicach ciągle przewalały się tłumy demonstrantów z czerwonymi sztandarami, portretami Mao, Trockiego i Che (Stalin nie był już taki popularny), krzyczące: „Precz z państwem policyjnym". I to jest lekcja numer jeden: póki możesz tak krzyczeć – nie jesteś w państwie policyjnym. A lekcja druga (na więcej nie mam miejsca) jest taka, że tylko inteligentne i świadome społeczeństwo może się oprzeć państwu policyjnemu. Więc jeśli nie chcecie ustroju totalitarnego – nie róbcie ludziom sieczki z mózgu.
PLUS MINUS
Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej":
tel. 800 12 01 95