I z niezwykłą mocą przychodzi to sobie uświadomić w czasie wojny w Ukrainie. Codziennie docierają do nas tysiące informacji, filmów, obrazków, cytatów. Setki ekspertów analizuje je, poddaje obróbce i przekazuje dalej jako poważne ekspertyzy. Nie brak także intelektualistów, którzy poddają te medialne półfabrykaty dalszej obróbce i przekazują jako ideowe wyjaśniania współczesności. I tak to się kręci, budując coraz mocniejsze przekonanie, że wiemy, co dzieje się na tej wojnie, rozumiemy wiele z jej aspektów i możemy spokojnie przyglądać się, jak Ukraińcy dają łupnia Rosjanom, względnie zamartwiać się, kiedy Putin uderzy na Polskę. Obie postawy są z punktu widzenia mediów równie opłacalne, bo sprzyjają śledzeniu ich stron, odświeżaniu „tablic" i zwiększaniu klikalności.

Czytaj więcej

Tomasz P. Terlikowski: Kryzys nie tylko powołań

Co jakiś czas jednak dochodzi do nas mocny przekaz, że tak w gruncie rzeczy to o tej wojnie wiemy naprawdę niewiele. Jakie są straty ukraińskie? Gdzie naprawdę toczą się walki i jaki jest ich realny przebieg? To tylko dwa z pytań, na które nie poznamy odpowiedzi, bo tak się składa, że oznaczałaby ona niemożność prowadzenia działań wojskowych. To zatem, co dostajemy, jest zazwyczaj propagandą (świetnie przez ukraińską stronę podaną), a nie realną informacją. Ogromna większość komentarzy zaś opiera się właśnie na tej propagandzie, a nie na rzetelnych informacjach.

To zatem, co dostajemy, jest zazwyczaj propagandą (świetnie przez ukraińską stronę podaną), a nie realną informacją. Ogromna większość komentarzy zaś opiera się właśnie na tej propagandzie, a nie na rzetelnych informacjach.

I żeby nie było wątpliwości, nie jest to zarzut wobec Ukraińców. Współczesna wojna to także, a niekiedy przede wszystkim, starcie komunikacyjne. Oni muszą nie tylko utwierdzać swoich obywateli w obronie, ale też pokazywać światu swoją bohaterską twarz. Nie mają innego wyjścia. Ujawnianie prawdziwych danych byłoby wojskowym i politycznym strzałem w kolano, a może i w głowę. Problemem jest nie tyle to, że oni to robią, ile to, że współczesne, goniące za newsem media ten jednostronny, wykreowany przekaz analizują jako rzeczywistość. Z kolei owi eksperci budują niekiedy swoje narracje, siedząc w domach i czytając media społecznościowe. A przecież jest jasne, że tej wojny nie wygrają traktory podprowadzające rosyjskie czołgi, tylko nowoczesna broń dostarczona przez państwa NATO.

Czytaj więcej

Tomasz P. Terlikowski: Watykan i wojna. Zła dyplomacja, błędna etyka

Uwagi te można i trzeba odnieść nie tylko do wojny, ale także do rzeczywistości politycznej czy społecznej. To, o czym czytamy w mediach, oraz to, co jest przekazywane jako news dnia, to często jedynie pozór informacji, medialna breja, która nie tyle pozwala zrozumieć otaczający nas świat, ile to zdecydowanie utrudnia. Aby rzeczywiście rozumieć, co się wokół dzieje, trzeba szukać głębiej. Wejść w otaczający nas świat, a przede wszystkim nauczyć się odróżniać to, co istotne, od tego, co jest jedynie watą cukrową przekazu. Ona bowiem nabija wyniki oglądalności, ale nie ma informacyjnej wartości odżywczej. I prawdopodobnie to jest najważniejszą umiejętnością we współczesnym świecie.