Niespełna pół wieku temu kino – ulegające wówczas wewnętrznym przeobrażeniom i na nowo poszukujące tożsamości – zachłysnęło się kryminałami spod znaku „whodunit", a więc opowieściami o zbrodniach, kładącymi szczególny nacisk na próbę odkrycia tego, kto je popełnił. To wtedy Sidney Lumet zrealizował „Morderstwo w Orient Expressie" (1974) na podstawie powieści Agathy Christie, często uważane za najdoskonalsze podejście do wykreowanej przez brytyjską pisarkę postaci Herkulesa Poirota. Naszpikowany gwiazdami film, nominowany do sześciu Oscarów, wnet pociągnął za sobą kolejne adaptacje popularnych książek, aż wreszcie formuła się wyczerpała, a konwencja przeniosła na mały ekran (mowa m.in. o nadawanym przez 13 sezonów, w latach 1989–2013, serialu „Poirot").

Czytaj więcej

„Licorice Pizza": Różowe lata siedemdziesiąte

W 2017 roku Kenneth Branagh, specjalista od Szekspira, postanowił odwrócić ten trend i wyreżyserował swoją wersję „Morderstwa w Orient Expressie". Obraz, ponownie po brzegi wypełniony nazwiskami z najwyższej półki, okazał się sukcesem tak ogromnym – zarobił na świecie ponad 350 mln dol. – że duże wytwórnie z chęcią zaczęły wykładać fundusze na tego typu retro przedsięwzięcia. Wystarczy wspomnieć o szumie, jaki zrobił wokół siebie utwór „Na noże" Riana Johnsona z 2019 roku. Kwestią czasu była bezpośrednia kontynuacja przygód błyskotliwego belgijskiego detektywa – Branagh stanął za kamerą „Śmierci na Nilu" (2022) i jednocześnie powtórzył swój występ jako wąsaty Poirot.

Londyn, rok 1937 (wtedy zresztą opublikowano literacki pierwowzór). W jednym z ekskluzywnych klubów Jacqueline de Bellefort (Emma Mackey) przedstawia przyjaciółce, dziedziczce fortuny Linnet Ridgeway (Gal Gadot), swego partnera, Simona Doyle'a (Armie Hammer). Błyskawiczne cięcie. Mija kilka tygodni. Oto niespodziewanie Linnet i Simon biorą ślub w Egipcie! Wesele zakłóca obecność odrzuconej i zazdrosnej Jacqueline, która w torebce ukrywa niewielki pistolet kaliber 22. Zdradzona kobieta ma powód, by zabić. Nowożeńcy próbują uciec przed śmiercią, płynąc ekskluzywnym parowcem wzdłuż Nilu, „władczej i nieujarzmionej rzeki". Na pokładzie statku jest ponadto cała plejada osób posiadających jakiś motyw. Tak się składa, że wśród zaproszonych jest również Poirot.

Powstały jeszcze przed pandemią koronawirusa film Branagha od początku nie miał łatwej prasy przede wszystkim w związku z licznymi oskarżeniami przeciwko Hammerowi – w tym o przemoc fizyczną – którego obecność w materiałach promocyjnych postanowiono ograniczyć do minimum. Grana przezeń postać nie dostała nawet plakatu jak pozostałe. Kiedy wreszcie tytuł trafia do kin – po kilkakrotnie przekładanej dacie premiery osiada na mieliźnie.

Spora w tym wina scenarzysty Michaela Greena, który nie panuje nad powierzonym mu materiałem wyjściowym. Utrzymany w czerni i bieli prolog, którego akcja toczy się w 1914 roku na froncie wojennym, odsłania nie tylko dedukcyjne talenty Poirota, ale też jego bolesną młodość. Ten melancholijny nastrój unosi się potem nad całością. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że pogłębienie postaci detektywa – już nie tylko człowieka zadufanego i egotycznego („Jestem próżny, lubię, jak ludzie mnie słuchają, gdy tłumaczę rozwiązanie zagadki"), lecz także opłakującego stratę z przeszłości – nie przekłada się na emocje. Tych bowiem nie da się wykreować tak łatwo, jak sztucznie wygenerowanego na komputerach tła (od piramid w Gizie po kompleks świątyń Abu Simbel).

Czytaj więcej

Nie wszystko złoto

Branagh i Green, zamiast opowiedzieć precyzyjną jak w zegarku historię zbrodni, próbują mówić również o miłości. Słowo to jest tu odmieniane przez wszystkie przypadki. To różnie pojmowana miłość jest w „Śmierci na Nilu" zapalnikiem prowadzącym do kolejnych kłamstw, zdrad i przestępstw. Kiedy bohaterowie rozprawiają o uczuciach, resentymentach, żalach i udręczonych duszach, widz czeka po prostu na to, by odkryć mrożącą krew w żyłach tajemnicę. A to i wypada, nomen omen, dość płytko.

„Śmierć na Nilu", reż. Kenneth Branagh, dystr. Disney Polska