Wiemy o wszystkich przeszkodach, jakie stawia naszemu gatunkowi miłość własna, skłonność do autokreacji i koloryzowania, reżim dobrego obyczaju, ciśnienie klisz literackich i stereotypów poznawczych – i mimo to, sięgając po „dzienniki”, doświadczamy jedynego w swoim rodzaju spotkania z Drugim, który usiłuje sobie i nam opowiedzieć siebie, czy będzie to Anna Frank czy Leopold Tyrmand.

Jeżeli ktoś decyduje się na dociekanie w ten sposób prawdy, pruderyjne marszczenie noska jest nie na miejscu: owszem, zapiski „odmieńców” bądź osób, które znalazły się w sytuacjach granicznych – jeńców, skazańców, ludzi ocalałych z zagłady – mówią nam szczególnie wiele. Również opublikowany właśnie pamiętnik Hanki Zach, nastolatki żyjącej beztrosko i dostatnio w okupowanej Warszawie, szukającej mocnych doznań i ostro flirtującej z niemieckimi żołnierzami.

To prawda, lektura jej dzienniczka w pierwszej chwili szokuje, ale bynajmniej nie skalą zła: w szesnastolatce, która pozwala się pieścić Güntherowi w ciemnej sieni prowadzącej do kina, demonizmu jest tyle co, wiadomo, trucizny w zapałce. Jeśli podniesie się chór zgorszonych, nie zamierzam doń dołączać: gdy miałem 16 lat, triumfy na scenie święciła właśnie Samantha Fox i pamiętam jak marzyło mi się, żeby zechciała nas okupować.

Hanka Zach jest niezwykła nie przez swoje zepsucie, lecz całkowite, bez reszty skupienie na sobie: czy umawia się na randkę z pryszczatym poborowym, czy snuje fantazje o porywającym ją Hispano-Suizą i całującym w szyję pułkowniku Wehrmachtu, czy urządza z przyjaciółeczką „przedwojenne śniadanie” z jajkiem po wiedeńsku i kakao, czy szuka fundatora na „rikszę, kino i cukiernię”, jedyną osobą, która okazuje się godna opisu, jest - by przytoczyć nieco bardziej znanego polskiego dziennikopisarza – „ja, ja, ja”. Pamiętnikowe frazy w rodzaju „Tak, każda przejażdżka rowerowa ma swoiste piękno” zdradzają w niej pilną czytelniczkę „Trędowatej”. Stroje i menu – córkę zamożnego paskarza. To ciekawe źródło do historii okupowanej Warszawy, niezłe studium psychologiczne – ale tak naprawdę fascynujące jest co innego: fakt, że ograniczona, bigoteryjna, samolubna drobnomieszczanka, której najdonioślejszym celem jest znalezienie „bogatego i starego męża”, kreowana jest na idolkę warszawskiej lewicy.

Odkryty przed kilku laty pamiętnik został już przeniesiony na scenę w Teatrze Polonia Krystyny Jandy; reżyser Krzysztof Lang, autor filmu dokumentalnego o Hance, deklaruje „Ten pamiętnik jest dla mnie manifestem wolności”. Zachwyca się nim wpływowy krytyk „Wyborczej” Maciej Nowak, ale w jego promocję i wydanie najbardziej zaangażowała się pisarka, dziennikarka, kulturoznawca i przewodnik miejski Sylwia Chutnik. Idzie – jak się dowiadujemy ze wstępu do pamiętnika i z dłuższego wywiadu udzielonego przez Chutnik Onetowi – no tak, oczywiście: o nieznośną „utrwalaną dziś narrację historyczną”. Prowadzący rozmowę dziennikarz i redaktorka pamiętnika z westchnieniem mówią o „aktualnej rzeczywistości politycznej”, o poddawaniu historii Polski „szczególnej weryfikacji”, podkreślają, że Hanka jest „rewersem historii Inki” i krytykują „jednowymiarowość opisów”. „Naprawdę, nie wolno nas kategoryzować!” – z żarem przekonuje pisarka. Właśnie ton i żar tych działań promocyjnych każą przypuszczać, że nie idzie po prostu o wydanie kolejnego źródła pamiętnikarskiego, że dalekim celem jest relatywizacja „szaroszeregowego mitu”. Metody są, trzeba przyznać, dość finezyjne: przed kilku laty badaczka PAN w głośnej pracy sugerowała, że bohaterów „Kamieni na szaniec” łączyły romanse homoseksualne, dziś trafia do księgarń lżejsza w tonie opowieść o pannach z tajnych kompletów (bo Hanka uczęszczała na nie, a jakże!) marzących o spadochroniarzu z SS. Doprawdy, kto by pomyślał, że lewicę feministyczną tak może zafascynować mały sabotaż.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej":

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95