Wracając pod koniec sierpnia do Warszawy, przejeżdżaliśmy przez Trójmiasto. Pierwszy raz widziałem wtedy strajk w PRL. W zajezdni autobusowej na trawniku siedzieli kierowcy z biało-czerwonymi opaskami na ramionach i kurzyli papierosy. Nie uśmiechali się, ich twarze były poważne, miałem wręcz wrażenie, że maluje się na nich strach, a przynajmniej niepokój.
To były czasy, kiedy jeszcze samo słowo „strajk" było zakazane, gazety pisały najwyżej o „nieuzasadnionych przerwach w pracy". Wiadomo było, że w każdej chwili milicja, a nawet wojsko, może spacyfikować protest – komunistyczna władza potrafiła wydać rozkaz strzelania do strajkujących robotników. A nawet jeśli nie, to wystarczyło, że ktoś wskazał kogoś jako prowodyra bądź nazbyt aktywnego uczestnika strajku, by zagroziło to aresztem, pałowaniem lub przynajmniej zwolnieniem z pracy.
Piszę to w przeddzień apokalipsy, którą od tygodnia przepowiada „Gazeta Wyborcza". Chodzi o „strajk" przeciw zmianom w prawie aborcyjnym (które jeszcze nie nastąpiły i nie wiadomo, czy nastąpią). Najpierw zapowiadano, że Polki będą protestować w niedzielę – miały przestać chodzić do kościoła. Potem protest poszerzono o poniedziałek – tego dnia miały nie iść do pracy.
Gdy po raz pierwszy usłyszałem o tej akcji, pomyślałem: odważne kobiety. Odważne do szaleństwa. Nie dość, że chcą publicznie opowiedzieć się za prawem do zabijania dzieci, rozrywania szczypczykami główek i rozkrawania skalpelami ciałek nienarodzonych, to jeszcze w imię tej „szczytnej idei" gotowe są zastrajkować. Nie pojawiając się w biurach, firmach, sklepach, wiele ryzykują. Oczywiście, już nie utratę życia czy pałowanie „na dołku", ale na pewno wkurzenie pracodawców, utratę jeśli nie pracy, to przynajmniej świątecznych bonusów do pensji. Takie poświęcenie w imię ideologii (nawet jeśli to ideologia wyjątkowo marna i obrzydliwa) robi wrażenie w czasach, kiedy już nikt niczego nie chce poświęcać.
Niestety, szybko zorientowałem się, że organizatorzy akcji nie wymagają od Polek aż tak poważnych ofiar jak utrata premii. Panie mają „zastrajkować", nie wystawiając się na jakiekolwiek ryzyko. Jak przez parę dni powtarzała „GW": „bierzemy urlop na żądanie, dzień wolny na opiekę nad dzieckiem, urlop bezpłatny, korzystamy z jakiejkolwiek innej legalnej możliwości".
Co więcej, dziennik z Czerskiej sugeruje pracodawcom, aby tego dnia po prostu pozwolili paniom nie przychodzić do pracy. I sam daje przykład: dziennikarki i redaktorki „Gazety" mogą zostać w domu. Albo wyjść na ulicę, aby zaprotestować przeciw reżimowi.
Cóż, ten strajk będzie naprawdę wymagał od uczestniczek wyjątkowego bohaterstwa. Można rzec: taki heroizm, jaka ideologia.
PLUS MINUS
Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:
tel. 800 12 01 95