Polska, w której przez siedem dekad przyszło żyć kolejnym pokoleniom, zrealizowała istotną część postulatów Dmowskiego: w wyniku przesunięcia granic w kierunku zachodnim oraz zagłady dużej części międzywojennego społeczeństwa stała się krajem jednolitym etnicznie, religijnie, kulturowo.

Oczywiście lider endecji nie zakładał, że za osiągnięcie tego celu przyjdzie zapłacić wysoką cenę w Katyniu i Auschwitz. Poza tym był antykomunistą i wrogiem bolszewików, więc nie chciał, żeby jego ojczyzna stała się podporządkowaną ZSRR „dyktaturą proletariatu". Ale tak czy inaczej to namiestnicy Moskwy z PPR, a potem z PZPR mimowolnie wdrażali istotne elementy projektu Dmowskiego.

Z pewnością dla środowisk, które dziś najgłośniej powołują się na dziedzictwo endecji – a do nich należą choćby organizatorzy Marszu Niepodległości – taka opinia to herezja. One bowiem w PRL dostrzegają głównie ubecką „żydokomunę" czasów stalinowskich, która wyrywała paznokcie Żołnierzom Wyklętym.

Czytaj więcej:

Antyputinizm jak antyfaszyzm

ONR-owiec zamiast geja

Duma i zobowiązanie

Po przeciwnej stronie barykady sytuują się lewicowo-liberalne kręgi opiniotwórcze. Przez długi czas sprawowały one w III RP „rząd dusz". Zła komunizmu upatrują w jego nacjonalistycznych postaciach – takich jak „antysyjonistyczna" retoryka „władzy ludowej" w roku 1968. Swoją antykomunistyczną tożsamość budują na słynnej – odnoszącej się do PZPR – frazie Czesława Miłosza: „Jest ONR-u spadkobiercą Partia".

Taka postawa obrońców „republiki okrągłego stołu" – jak III RP określił cztery lata temu na Marszu Niepodległości Robert Winnicki – dolewa tylko oliwy do ognia. Dorabianie przez nich komunizmowi nacjonalistycznej – czyli w konsekwencji prawicowej – gęby wywołuje gniew młodych radykałów, którzy słusznie upatrują w takim zabiegu ideologiczną manipulację. I w reakcji wyciągają na transparenty Dmowskiego.

Tyle że dorobek współtwórcy endecji interpretują oni w karykaturalny sposób. I tak z realistycznego programu politycznego zostaje wyłącznie posiłkująca się międzywojennymi sloganami i schematami mitologia. Można się było o tym przekonać podczas przemówień wygłaszanych przez uczestników tegorocznego Marszu Niepodległości. Jako jedno z głównych zagrożeń dla dzisiejszej Polski wskazywali oni przybyszów z Ukrainy i krajów muzułmańskich.

Czyżby młodzi radykałowie poczuwający się do dziedzictwa Dmowskiego pozazdrościli argumentów zachodnim antyestablishmentowym populistom? Dla Francuzów czy Holendrów tworząca obce kulturowo getta imigracja z Azji i Afryki jest problemem, mają więc kogo wskazywać jako niebezpieczeństwo dla swoich ojczyzn. Ale Polsce do modelu zachodniej wielokulturowości daleko. Ukraińcy nie reprezentują obcej pod względem systemu wartości cywilizacji (chyba że w ich przypadku za obciążenie uznamy wzrastanie w postsowieckich realiach), masowy zaś, destabilizujący polskie społeczeństwo napływ muzułmanów to na razie abstrakcja.

Kiedy Dmowski pisał o zagrożeniu dla Polaków ze strony Niemców, Żydów, a nawet – tak, tak – Rosjan, robił to w określonych okolicznościach historycznych. W czasie zaborów Polacy nie byli gospodarzami we własnym domu, a potem, w II RP konflikty na tle narodowościowym były faktem.

Dziś to jednak przeszłość. I jeśli Polakom potrzebne jest dziedzictwo endecji, to jako narzędzie demitologizacji przekonań na własny temat – takich, które wyrastają choćby z sarmackiej megalomanii. Dmowski chciał uczyć bowiem swoich rodaków przede wszystkim sztuki radzenia sobie w nowoczesnym świecie, a nie poprawiać im samopoczucie politycznymi fantazmatami.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej":

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95