Jeśli chcemy zrozumieć, co Tolkien miał z tyłu głowy, tworząc krainę Mordoru, przypomnijmy sobie pierwsze sceny „Ziemi obiecanej" Andrzeja Wajdy. Miarowy, złowieszczy rytm rozpędzających się fabryk, Łódź spowitą śmierdzącym dymem i szary, mętny tłum robotników zmierzających do pracy. Postęp napędzany był wtedy, i w czasach młodości angielskiego pisarza, węglem i parą. To dymiące kominy i ogromne fabryki były twierdzami królestwa siły i dziejowej konieczności. Mocy, w posiadanie której wszedł człowiek, a może raczej, która jego posiadła. Proroctwo, jakie Frodo ujrzał w zwierciadle Galadrieli, obraz Śródziemia po zwycięstwie Saurona, spełniło się w naszym świecie. Niejeden Hobbiton został przecież podbity przez czarną magię postępu, zaśmierdł koniecznością, oddał wolność mas w zamian za potęgę nielicznych.

Czytaj więcej

Jan Maciejewski: Roll over Beethoven

Tolkien był poetą lasów i łąk, bo żyje w nich magia całkowicie różna od tej, którą posługiwał się Sauron i jego odpowiedniki z naszego świata. Porządek niedający się ująć w tabelki księgowego, wyrażalny tylko w pieśniach i mitach. Siła, której nie zdoła okiełznać żaden projekt. Czarna magia postępu może ją tylko próbować zniszczyć, wykrzywić. Pracę, zamiast formą sztuki, uczynić niewolnictwem. Czym dla Tolkiena były przemysłowe molochy, tym dzisiaj są pnące się do nieba biurowce. Dziejowa konieczność zmieniła radykalnie swój image, ale chodzi jej wciąż o to samo. Niezmiennie ma też swoich heroldów. Sto lat temu wpadających w mistyczny trans na dźwięk pracy fabryk, dziś głoszących, że nie ma przyszłości poza wielkimi korporacjami. Zresztą, czy może być lepszy na to dowód niż fakt, że największe warszawskie zagłębie korporacyjnych biurowców jest przez jego bywalców nazywane Mordorem?

Porządek niedający się ująć w tabelki księgowego, wyrażalny tylko w pieśniach i mitach. Siła, której nie zdoła okiełznać żaden projekt. Czarna magia postępu może ją tylko próbować zniszczyć, wykrzywić. 

Jeśli argument z Tolkiena nie wystarczy, to może posłuchajmy Marksa? Dopasujmy jego analizę alienacji pracy z napisanych w młodości „Rękopisów ekonomiczno-filozoficznych" do korporacyjnej rzeczywistości. Komu zarówno sama czynność własna, jak i jej wytwory staje się bardziej obca – robotnikowi w fabryce czy pracownikowi jednej z globalnych firm w swoim biurowym boksie? Gdzie reguła, według której robotnik ubożeje tym bardziej, im więcej wytwarza bogactwa, działa z większą mocą? Przecież nie chodziło tu o ubóstwo materialne, ale o to, że wraz ze wzrostem wartości świata rzeczy deprecjonuje się człowiek, który je wytwarza. Nieważne, czy mieszka w czynszowej kamienicy czy na strzeżonym osiedlu. Może nawet być szczęśliwym posiadaczem karty Multisportu i ubezpieczenia w Luxmedzie, ale jest wciąż tym samym robotnikiem. Nie człowiekiem, tylko rzeczą. Bo też rzeczą stały się jego mięśnie i mózg, jego zdolności i aspiracje są towarem, sprzedawanym i wymienianym wedle rynkowej stawki.

Czytaj więcej

Jan Maciejewski: Magia dziecięcego pokoju

W tym akurat punkcie młody Marks podałby sobie z Tolkienem rękę: jeśli praca nie jest tworzeniem, nie odbija się w niej osobowość tego, który ją wykonuje, jego niepodrabialne cechy, musi stać się formą niewolnictwa. Pracując, możemy się tylko albo stwarzać i doskonalić, albo wyniszczać, degradować. Możemy pracę wykonywać albo to ona będzie nami wykonywana. Szlachetna sztuka elfów z Lothlorien, swojska krzątanina hobbitów z Shire albo służba w szeregach władcy Mordoru. Nie było „drogi środka" w Śródziemiu, nie ma jej też dla nas.