A powód jest dość oczywisty. Stanowisko przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski (oraz wielu innych polskich biskupów) w sprawie kryzysu na granicy jest nie tylko ewangeliczne, ale i doskonale osadzone w logice katolicyzmu, która wyklucza nieustanne patrzenie na rzeczywistość z perspektywy „albo – albo", a podkreśla znaczenie optyki „i – i". Świetnie widać to w apelu arcybiskupa Stanisława Gądeckiego. „Misją Kościoła jest w pierwszym rzędzie głoszenie Ewangelii. W konsekwencji, gdy trzeba udzielić przybyszom pomocy, nie wolno nam się od tego uchylać. Bez uszczerbku dla bezpieczeństwa Rzeczypospolitej i jej obywateli, osobom potrzebującym trzeba okazać naszą solidarność. W obecnej sytuacji przesłanie przypowieści o miłosiernym Samarytaninie brzmi jeszcze bardziej nagląco i czeka na powszechną realizację, także w postrzeganiu samych migrantów" – napisał hierarcha. Co wynika z tych słów? To, że obowiązkiem jest zarówno zapewnienie bezpieczeństwa Polakom i stabilności granic (do których strzeżenia jesteśmy także zobowiązani traktatami międzynarodowymi, bo ta granica jest także granicą Unii Europejskiej), jak i pomoc imigrantom oraz świadomość, że oni także są ludźmi, naszymi bliźnimi, których nie wolno depersonalizować, dehumanizować. Oni, o czym także nie wolno zapominać, są nie tyle sprawcami, ile ofiarami skandalicznej i zmierzającej do destabilizacji polityki Aleksandra Łukaszenki. Wojna hybrydowa nie usprawiedliwia niechrześcijańskich zachowań. Kościół w sytuacji głębokiego kryzysu ma obowiązek być i z tymi, którzy strzegą granicy, i z ludźmi potrzebującymi pomocy, i z tymi, którzy tę pomoc im niosą.

Czytaj więcej

Migranci u granic. Abp Gądecki apeluje o "praktykowanie miłości bliźniego"

Co to oznaczać ma w praktyce? To pytanie nieustannie do mnie dociera. Odpowiedź nie wpisuje się w logikę plemiennego sporu, ale z perspektywy ewangelicznej jest jednak dość oczywista. Skoro nie możemy się zgodzić na dehumanizację imigrantów, bo są ludźmi i bliźnimi, pociąga to za sobą obowiązek, jakim jest pilnowanie języka. Nie ma i nie może być zgody na język, jakim już teraz posługuje się część mediów i komentatorów. „Hordy", „dzicz", wklejanie obrazków przedstawiających hitlerowców wkraczających do Polski, sugerowanie, że oto teraz wszyscy zostaną wymordowani, a kobiety zgwałcone – to wszystko jest język nienawiści, który nie tylko nie jest chrześcijański i ewangeliczny, ale zaciemnia rzeczywistość. I wywołuje emocje, które – owszem, są opłacalne medialnie i politycznie – ale ani o centymetr nie przybliżają nas do rozwiązania problemu, który z nami zostanie na długo.

Nie widać powodów, by nie dopuścić nad granicę choćby Caritas Polska, ewangelickiej Diakonii Polskiej czy wyspecjalizowanych instytucji humanitarnych

I wreszcie czymś oczywistym jest zapewnienie osobom potrzebującym pomocy humanitarnej. Nie widać powodów, by nie dopuścić nad granicę choćby Caritas Polska, ewangelickiej Diakonii Polskiej czy wyspecjalizowanych instytucji humanitarnych. Istotne wydaje się także dopuszczenie do kontroli medialnej tego, co tam się dzieje.

Można oczywiście odrzucić apel arcybiskupa Gądeckiego, można uznać, że jest on pięknoduchowski, że wpisuje się w narrację Putina i Łukaszenki, albo podkreślać, że w życiu społecznym nie ma miejsca na Ewangelię. Tyle że jeśli zgodzić się z takim myśleniem, to trzeba w ogóle wyrzucić odniesienia do chrześcijaństwa z bieżącej polityki i uznać, że jest ona jedynie miejscem, w którym „człowiek człowiekowi jest wilkiem", i gdzie nie ma miejsca na moralność. Nie ma we mnie gotowości na taką decyzję.