W środę przed południem, a więc niemal dwie doby po wydarzeniu, na Twitterze najczęściej pojawiającym się hasłem jest #facebookdown, trzecie miejsce zajmuje #messengerisoverparty, czwarte – „Facebooka", piąte – #instagramdown. To w konkurencyjnych wobec platform należących do Marka Zuckerberga usługach ludzie z całego światu narzekali na to, jak trudne jest życie bez dostępu do fejsa. „Teraz już możecie sobie wyobrazić, jak wyglądał 13 grudnia bez »Teleranka«" – pisał do młodszych użytkowników jeden z internautów.

Czytaj więcej

Sześć godzin bez Facebooka. Jedna z największych awarii w historii serwisu

Ale, poza żartami, dzięki chwilowemu zniknięciu FB dostrzegliśmy, jak bardzo cały świat uzależnił się od dostępu do usług dostarczanych przez jedną firmę. Bo nie chodzi tu wyłącznie o dyskomfort 3,5 miliarda użytkowników tego serwisu, którzy przez wiele godzin musieli cierpieć na FOMO, czyli strach przed byciem nie na bieżąco. Chodzi też o tysiące czy miliony małych firm, które za pomocą tej platformy kontaktują się z klientami, małych sklepów, które korzystają z infrastruktury FB do prowadzenia sprzedaży, docierania do nowych nisz czy prowadzenia w tani i skuteczny sposób działań marketingowych.

Ale brak dostępu do serwerów nie był jedynym ciosem, który Facebook otrzymał w tym tygodniu. We wtorek na Capitolu zeznawała Frances Haugen, była pracownica FB, która wyniosła tony dokumentów dowodzących, że szefowie platformy są doskonale świadomi negatywnych skutków społecznych działania jego serwisów. Cały mechanizm reklamowy, cały system współpracy z biznesem, który przynosi miliardy przedsiębiorstwu Marka Zuckerberga, opiera się na przykuwaniu uwagi użytkowników. Haugen twierdzi, że firma dysponuje badaniami pokazującymi, iż algorytmy promują treści, które wywołują gniew, nienawiść czy polaryzację u użytkowników, gdyż sprawiają, że więcej czasu spędzają na platformie. Jak mówiła w niedzielę w CBS Haugen, władze firmy zdawały sobie sprawę, że jeśli zmienią algorytm, ludzie będą spędzali na FB mniej czasu. Oskarżyła też firmę o to, że zbyt szybko rozwiązała komórkę nadzorującą niepokojące treści po wyborach prezydenckich 2020 roku, przez co nie zapobiegła korzy-staniu z narzędzi FB do organizacji insurekcji 6 stycznia, gdy tłum radykalnie prawicowych aktywistów przypuścił skuteczny szturm na Kapitol, by uniemożliwić zatwierdzenie wyniku wyborów. Haugen twierdzi też, że firma wyłapuje i usuwa tylko niewielką część nielegalnych, dezinformacyjnych, nienawistnych, radykalnych treści.

Wiele problemów, z którym dziś boryka się debata publiczna, polityka czy szerzej demokracja, jest konsekwencją decyzji podejmowanych przez osoby, które nie ponoszą za to żadnej odpowiedzialności

Wtorkowe przesłuchanie zaś poświęcone było przede wszystkim badaniom, którymi dysponuje FB, pokazującym, że należący do niego Instagram ma fatalny wpływ na psychikę nastolatek. Algorytmy serwisu pogłębiają depresje, niską samoocenę, a także przyczyniają się do nasilenia myśli samobójczych. Jednak najpoważniejszym oskarżeniem ze strony Haugen jest twierdzenie, że menedżerowie firmy, na czele z Markiem Zuckerbergiem, są absolutnie świadomi tych wszystkich negatywnych zjawisk. Niestety zawsze, gdy stoją przed wyborem, czy postawić na rozwiązanie, które będzie dobre dla społeczeństwa, czy dobre dla zysków firmy, stawiają na to drugie. To zaś może oznaczać, że wszystko, co uważamy za negatywne skutki uboczne rozwoju platform społecznościowych, nie jest jakimś tam wypadkiem przy pracy, ale po prostu konsekwencjami decyzji biznesowych. Więcej, wiele problemów, z którym dziś boryka się debata publiczna, polityka czy szerzej demokracja, jest konsekwencją decyzji podejmowanych przez osoby, które nie ponoszą za to żadnej odpowiedzialności, chyba że przed akcjonariuszami. A więc wiara, że geniusze z Doliny Krzemowej mają dobre intencje i czynią świat lepszym, to tylko mydlenie oczu i uspokajanie sumienia zajętych zarabianiem miliardów cyników.