Ta jasna ocena moralna tego, co się wydarzyło, musi poprzedzać wszystkie inne oceny. Nie ma wątpliwości, że czymś absolutnie niedopuszczalnym z perspektywy zarówno moralności ludzkiej, jak i Ewangelii, jest przymusowe odbieranie dzieci rodzicom, umieszczanie ich w zamkniętych ośrodkach, odbieranie im tożsamości i przymusowe, na zaledwie średnim poziomie, inkulturowanie do innej. Uczestnictwo w tym „dziele" Kościoła jest nie do pogodzenia z przesłaniem Ewangelii i nie ma co szukać usprawiedliwień dla tego działania.

Tyle jasnych deklaracji. Istotne jest jednak również zrozumienie, dlaczego to w ogóle było możliwe, dlaczego misjonarze, którzy niewątpliwie jechali na misje ze szczerym pragnieniem pracy dla innych, z przekonaniem, że niosą ludziom Dobrą Nowinę, wchodzili w system zła w system niszczący dziesiątki tysięcy dzieci, sprawiający, że umierały one z daleka od rodzin, a także poddawane były przemocy. Odpowiedź jest istotna także dla nas, współczesnych chrześcijan, bo tylko jeśli głęboko przemyślimy tamtą lekcję, nie będziemy podatni na wchodzenie w inne systemy działania, które mogą nieść ze sobą zło.

Co zatem leżało u podstaw owego systemu? Jakie były jego źródła? Wydaje się, że dwie sprawy. Po pierwsze, uznanie, że chrześcijaństwo to nie tylko Dobra Nowina o zbawieniu, o Bogu, który stał się człowiekiem i ofiarowuje wolność człowiekowi, ale także konkretny system cywilizacyjny, zachodnia myśl techniczna, system polityczny, a nawet model ubioru i wykształcenia. Misjonarze – nie zawsze i nie wszędzie, ale akurat tam niewątpliwie – wraz z kolonizatorami nieśli ten sam przekaz, ten sam system. Pierwotne ludy miały nie tylko przyjąć Ewangelię, ale i nawrócić się na zachodni system cywilizacyjny. Gdy Ewangelię utożsamiono z ówczesnym stanem jednej cywilizacji, cywilizacja ta w istocie uniemożliwiła sobie dostrzeżenie własnego, systemowego zła.

Po drugie, uznano, że nasza cywilizacja jest zasadniczo lepsza od innej, a co za tym idzie, że narzucenie jej innym jest dla nich darem, nawet jeśli wiąże się ze zniszczeniem ich tożsamości.

Ta idea wyrasta z prostackiego pojmowania postępu i oświecenia, które mogą i powinny być narzucane innym w imię postępu właśnie. Nie jest to idea zasadniczo chrześcijańska, niewiele ma wspólnego z Ewangelią ani z wyrastającą z niej teologią, ta bowiem pamięta zawsze, że postęp w znaczeniu oświeceniowym nie istnieje, że w każdy system polityczny, społeczny czy cywilizacyjny wpisany jest grzech, że każdy jest podatny na upadek, rozpad czy nadużycia. Nie widać więc powodów, by narzucać jeden system innym, posługując się przy tym niegodnymi i niemoralnymi środkami (a takimi jest niszczenie naturalnych więzi rodzinnych).

Niestety, i to także jest nauka, którą trzeba wyciągać wciąż na nowo z kanadyjskiego doświadczenia. Ludzie Kościoła ulegają nieustannie wpływom własnej epoki, własnej kultury, nie są wolni od myślowych i cywilizacyjnych wpływów i zbyt łatwo utożsamiają to, co doczesne, cywilizacyjne, kulturowo umotywowane z przesłaniem Ewangelii. Jako chrześcijanie potrzebujemy nie tylko pamiętać o tym niebezpieczeństwie, ale także nieustannie badać własne intencje, działania i zaangażowania, tak byśmy tamtego błędu nie powtarzali. Ofiary wcześniejszych błędów muszą zaś nie tylko usłyszeć przepraszam, ale także otrzymać zadośćuczynienie. 

Niestety, i to także jest nauka, którą trzeba wyciągać wciąż na nowo z kanadyjskiego doświadczenia. Ludzie Kościoła ulegają nieustannie wpływom własnej epoki, własnej kultury, nie są wolni od myślowych i cywilizacyjnych wpływów i zbyt łatwo utożsamiają to, co doczesne, cywilizacyjne, kulturowo umotywowane z przesłaniem Ewangelii. Jako chrześcijanie potrzebujemy nie tylko pamiętać o tym niebezpieczeństwie, ale także nieustannie badać własne intencje, działania i zaangażowania, tak byśmy tamtego błędu nie powtarzali. Ofiary wcześniejszych błędów muszą zaś nie tylko usłyszeć przepraszam, ale także otrzymać zadośćuczynienie.