Upływający czas w intrygujący sposób wpływa na odczytywanie długiego pontyfikatu Karola Wojtyły. Jego pierwsze lata niejako automatycznie konfrontowano z poprzedzającym je 15-leciem Pawła VI. Po introwertycznym dyplomacie przyszedł wówczas dynamiczny duszpasterz. Po odnajdującym się w lewicowym klimacie epoki (encyklika „Populorum progressio”, sprzyjanie teologii wyzwolenia, otwarcie polityki wschodniej Watykanu) papieżem został człowiek krytyczny wobec wszelkich, czy to teologiczno-filozoficznych, czy politycznych form marksizmu, który doświadczenie ideologii miał głęboko wpisane we własną biografię.

Dziś z kolei, po ponad 30 latach, spoglądamy na pontyfikat Benedykta XVI przez pryzmat epoki Jana Pawła II. Po filozofie mamy teologa; po charyzmatycznym duszpasterzu delikatnego profesora; po osobowości wciąż kreującej nowe wydarzenia i bezustannie spotykającej się z ludźmi mamy dziś człowieka spędzającego większość czasu na terzo piano w Watykanie w gronie najbliższych współpracowników; po tym, za którego pontyfikatu Bractwo św. Piusa X popadło w ekskomunikę, tego, który postanowił ją zdjąć.

Zauważmy przy tym, że podobnie jak Jan Paweł II nieustannie podkreślał swoje wielkie uznanie dla dorobku poprzednika i kontynuowanie jego misji, czyni Benedykt XVI w stosunku do Jana Pawła II.

[srodtytul]Dwustronne rozczarowanie[/srodtytul]

Jeżeli wyróżnimy szerokie spektrum postaw od konserwatywno-integrystycznych po progresywno-liberalne (skomentuję jeszcze te pojęcia), to na początku kręgi progresywne z obawą i niechęcią przyjęły pontyfikat Karola Wojtyły, a integryści przyjęli go z entuzjazmem. W chwili obecnej zaś sytuacja się odwróciła: liberałowie mówią coraz częściej z nostalgią o Janie Pawle II, integryści zaś cieszą się – nawiązując do tytułu głośnego artykułu Dominika Zdorta („Rz” z 14.02) – że „epoka kremówkowa” przeminęła.

Ta znamienna ewolucja świadczy o tym, że w gruncie rzeczy oba te środowiska pontyfikat Jana Pawła II rozczarował. Krytykę progresistów łatwiej jest zrozumieć, skoro jednym z motywów magisterium pontificium było przeciwstawianie się ideologii (!) liberalnej oraz „cywilizacji” lub „kulturze śmierci”. Poczuliby się oni usatysfakcjonowani „dopiero wtedy – jak słusznie zauważył Leszek Kołakowski – gdyby Jan Paweł II oświadczył, że Boga nie ma, aborcja i małżeństwa homoseksualne winny być dozwolone, a Kościół zmierza do wyzwolenia w duchu lewicowych partii politycznych”.

Krytyka tradycjonalistów z kolei – tak jak ją rozumiem – zawiera się skrótowo w owym określeniu pontyfikatu Jana Pawła II jako „ery kremówkowej”. Swoje sensowne posunięcia polski papież marnotrawił – jak utrzymują – przez promocję synkretyzmu (zaangażowanie w dialog międzyreligijny z podwójnym spotkaniem w Asyżu jako jego sztandarem), przez odbieranie powagi urzędu papieskiego (uczestnictwo w medialnych show) czy też wreszcie przez wdawanie się w tak ryzykowne przedsięwzięcia, jak oczyszczanie pamięci (wyznawanie win) Kościoła, które służyło głównie wrogom katolicyzmu. W efekcie tego rodzaju posunięć papież zniwelował to, co było słuszne w jego nauczaniu, ale za to był hołubiony przez światowe media i stał się megagwiazdą współczesnej popkultury.

[srodtytul]Wybiórczy aplauz mediów[/srodtytul]

Jest to jednak opis – pomijając, że uważam go za niesłuszny w swoim rdzeniu – jednostronny i ignorujący wielowątkowość nauczania oraz różnorodność form aktywności Jana Pawła II. Owszem, Jan Paweł II posiadał wielki talent duszpasterski i wielkie duszpasterskie doświadczenie, a świadom tego, że żyje w epoce mediów, umiał z tychże mediów korzystać. Zarazem w ciągu tych długich 27 lat głosił mnóstwo treści trudnych i nieprzyjemnych dla liberalnego świata, nie mając względu na to, jak będą one odbierane. „The Tablet” tak komentował tę postawę: „Watykan nigdy nie poświęcał tak mało uwagi temu, czy jest popularny, jak w czasach Jana Pawła II”. To on korzystał z mediów, nie media z niego.

Zapominamy dzisiaj często, jak bardzo środki masowego przekazu bywały mu nieprzychylne i nie rozumiały jego przesłania. Sądzę wręcz, że to, co przeżył w ciągu ostatnich czterech lat Benedykt XVI, jest zaledwie sielanką w stosunku do tego, jak tendencyjnie, a niekiedy brutalnie, traktowały media Jana Pawła II. Pomińmy już nawet negatywne wypominanie mu polskości, ergo prowincjonalności i nacjonalizmu, a także zdeformowanej wizji świata przez życie w sowieckich realiach, a zarazem polskiej rusofobii, nade wszystko zaś zaściankowego konserwatyzmu, nieznajomości demokracji, ekumenizmu i dialogu między religiami.

Przypomnijmy jednak przy tej okazji dwie silne i nieprzyjemne kampanie ze strony opiniotwórczych środowisk żydowskich. Pierwsza – dotycząca spotkania z Kurtem Waldheimem, druga – za zarzucenie Izraelowi niewierności Bogu (papież mówił o „prorokach, którzy zarzucali Izraelowi niewierność Przymierzu”). Ogromnie głośny był też ogólnoświatowy jęk oburzenia na papieską hipokryzję, gdy apelował do muzułmańskich Bośniaczek, aby nie przerywały ciąży poczętej w wyniku gwałtu. (W rzeczywistości papież napisał list do arcybiskupa Sarajewa, aby wspólnota katolicka otoczyła opieką wszystkie ofiary wojny, w tym także zgwałcone kobiety z Bośni.)

Oskarżano go o popieranie autorytaryzmów (po spotkaniach z Pinochetem czy Marcosem) i bycie autorytarnym (poprzez odebranie misji kanonicznej Hansowi Kungowi, Edwardowi Schillebeeckxowi, Charlesowi Curranowi i paru innym teologom). Do tej bardzo niekompletnej listy dodajmy zbiorowe zgorszenie liberalnego świata, także w Polsce, i obwinianie papieża za śmierć milionów Afrykańczyków jako rezultatu stanowiska Stolicy Apostolskiej sprzeciwiającej się podczas konferencji demograficznej ONZ w Kairze traktowaniu środków antykoncepcyjnych jako remedium na wszelkie problemy demograficzne i niektóre choroby (zwłaszcza AIDS).

Przypomnijmy też powszechne potępienie za religijny fundamentalizm po publikacji „Evangelium vitae” (w której prawie na poziomie formuły dogmatycznej papież potępił aborcję i przenikliwie analizował „kulturę śmierci”). A można dodać jeszcze oskarżenia o bezduszny dogmatyzm i intelektualną ciasnotę płynące po publikacji encykliki „Veritatis splendor” o transcendentnych podstawach moralności (którą „Washington Post” zrekapitulował: „jest to na 179 stronach przesłanie zalecające katolikom nieużywanie kondomów”).

Nawet z aplauzem mediów za działania ekumeniczne sprawa nie jest wcale jednoznaczna. W archiwum posiadam bowiem wiele artykułów z podobnymi cytatami: „Ruch ekumeniczny nie ma czego dziś oczekiwać z murów Watykanu” („Suddeutsche Zeitung”, 1987) czy też „zamrożenie dialogu ekumenicznego, które rozpoczęło się jeszcze w latach 60., to jakże typowy objaw braku oddechu na tym etapie pontyfikatu” („Le Monde”, 1992).

Owszem, zwłaszcza w ostatnim etapie pontyfikatu, po z górą 20 latach, media częściej doceniały wielkość Karola Wojtyły. Ale często ta aprobata była bardzo dwuznaczna, bo oparta na tezie, że Jan Paweł II był wprawdzie dobrym papieżem, ale obecnie nie panuje już nad swym urzędem i powinien abdykować.

Zarówno więc przeciwstawianie „otwartego” na świat i dialog Jana Pawła II „zamkniętemu” Benedyktowi XVI, co czyni dziś wielu progresistów, jak i popularna wśród integrystów teza, że w zamian za kompromisy wobec liberalnego świata papież zyskiwał przychylność mediów, są fałszywe.

Jan Paweł II konsekwentnie wymykał się obu scenariuszom i jeżeli poruszał konkretne problemy aborcji, praw człowieka, ekumenizmu czy godności kobiety, to nie po to, by zyskać uznanie takich czy innych środowisk. Poruszał te tematy wyłącznie dlatego, że stała za nimi prawda Ewangelii odczytywana w kontekście jego uniwersalnej, pasterskiej misji.

Kiedy napisałem do niego w 1994 r. o tym, jak martwi mnie tak powszechne i wyrażane w agresywnej formie niezrozumienie tego, co głosi, odpisał: „To, że owo sianie bywa tak niepopularne, to zarazem dobry znak. Gdyby się nie sprzeciwiano, nie byłoby pewności co do Siewcy”.

[srodtytul]Twórcza walka z rozkładem[/srodtytul]

Nie jest też prawdą inna teza, którą odnajduję w publicystyce ludzi z kręgów sympatyzujących z poglądami abp. Lefebvre’a. Jest to pogląd, że od Vaticanum II aż po „epokę kremówkową” Kościół trwał w stanie posoborowego zamętu i ulegał erozji w wyniku koncesji na rzecz liberalnego świata. Teraz zaś, wraz z pontyfikatem Benedykta XVI, może nadejść prawdziwa wiosna Kościoła (Cenckiewicz), a ewangeliczna sól odzyska swój smak (Zdort).

Jest to teza nieprecyzyjna. Oczywiście, życzę sobie, jak wszyscy synowie Kościoła, by pontyfikat Benedykta XVI przyniósł jak najlepsze i najliczniejsze owoce – to jednak dopiero pokaże historia. Natomiast łączenie w jedną całość okresu 1962 – 2005 jest poważnym błędem. Nie miejsce tu na rozważanie ciągów przyczynowo-skutkowych w epoce posoborowej. Jednakże konstatacja, że okres lat 60. i 70., zwłaszcza w krajach zachodnich, był czasem pogłębiającego się kryzysu, nie podlega dyskusji. Dość przypomnieć słowa Zbigniewa Brzezińskiego, którego trudno posądzić o integrystyczne czarnowidztwo: „Kiedy Karol Wojtyła został wybrany na papieża, Kościół katolicki był w stanie rozkładu. Rozpływał się”. Kościołem targały wówczas bowiem od wielu lat, od zewnątrz i od wewnątrz, cztery rewolucje. Były to: rewolucja posoborowych radykałów, rewolucja polityczna (rozwój lewackich ideologii na Zachodzie i sowieckich dominiów w Afryce, Azji i Ameryce Łacińskiej), rewolta obyczajowa oraz rewolta intelektualna. Wszystkie je Jan Paweł II zdiagnozował teologicznie, a następnie konsekwentnie stawił im czoła.

Nie była to tylko walka z przeciwnościami, ale twórcza odpowiedź na stojące przed Kościołem wyzwania: głębokie, unikające skrajności wcielanie Vaticanum II, stworzenie chrześcijańskiej (niemarksizującej) teologii wyzwolenia, teologia ciała ukazująca w nowym świetle zjawisko ludzkiej płciowości i – przekroczywszy postmodernistyczną krytykę – przywrócenie pojęcia prawdy.

Czy rzeczywiście pontyfikat Jana Pawła II dokonał tak głębokiego przełomu? Krytycy mówią o powierzchowności przemian, o „uwodzeniu” przez papieża tłumów oraz o tym, że Kościół usatysfakcjonowany obecnością milionów młodych ludzi gotów był nie zauważać płytkości ich wiary. „Papaboys – Zdort cytuje historyka Camillo Brezziego – śpiewają umierającemu Janowi Pawłowi II piosenki, a równocześnie współżyją przed ślubem i używają prezerwatyw”.

Primo – w latach 60. i 70. młodzież zachodnich demokracji masowo opuściła Kościół i zarówno wewnątrz Kościoła, jak i w świecie nauki i mediów panowało powszechne przekonanie, że jest to proces nieodwracalny. Secundo – to głównie dzięki charyzmatowi, odwadze i konsekwencji Jana Pawła II młodzi – w sporej liczbie – znów pojawili się w Kościele. Tertio – duża ich część głęboko zaangażowała się w jego życie. Kolejna część zaangażowała się mniej, ale jednak odbudowała realnie swą więź z nim. Jednakże dla bardzo wielu z nich – trzeba to przyznać – był to jedynie epizod. Ale i on ma swą wartość, bo nieobecny dotąd w ich życiu Kościół pokazał im, choć na chwilę, nową twarz wspólnoty i wiary. Jako duszpasterz nigdy nie lekceważyłbym takiego potencjału.

Argumentu „z prezerwatywy” nie będę rozwijał, żywię bowiem przekonanie, że zarówno średniowiecznemu i oświeceniowemu Heinzowi, Pierre’owi, Charlesowi i naszemu Jankowi, jak i dzisiejszym Heinzom oraz Jankom, podobne myśli chodziły po głowie. Inne były jedynie możliwości socjologiczno-techniczne. Dość powiedzieć, że w drugiej połowie XVII wieku w Tuluzie ponad 3/4 dzieci rodziło się w związkach pozamałżeńskich. Satis.

[srodtytul]Jak gołąb i wąż[/srodtytul]

Używając terminów „progresiści” i „integryści”, powinienem je zdefiniować. Sądzę więc, że istotą różnic między tymi obiema postawami jest stosunek do świata. Pismo Święte nie potępia świata jako takiego. Dbając o realizm, unika ideologicznych uproszczeń. Słowo „świat” może więc w Ewangelii oznaczać królestwo bezbożności i zepsucia, ale może też określać świat jako byt neutralny, gdyż królestwo Chrystusa nie jest z tego świata. Może również, w swym trzecim znaczeniu, oznaczać umiłowane miejsce Boga, miejsce stworzone i odkupione przez Niego, w którym powołał nas do istnienia i które staje się areną naszego zbawienia.

Najistotniejszy jest fakt, że po grzechu pierworodnym wszystkie trzy znaczenia są prawdziwe, odnoszą się do świata realnego i konkretnego – współczesnego. Nie ma zatem ogólnej recepty w relacji chrześcijanina do świata. I jest to jeden z powodów, dla którego chrześcijaństwo w swej istocie jest sztuką. I podobnie jak w sztuce, nie oznacza to pełnego woluntaryzmu, spontanicznej „radosnej twórczości”, ale kreatywne działanie w przestrzeni pryncypiów i kanonów.

Od samego jednak początku Kościoła, aż po dzień dzisiejszy, istnieją i zazwyczaj są w stanie konfrontacji grupy patrzące na świat pesymistycznie, a po stronie przeciwnej – spoglądające nań przez różowe okulary. Obie grupy – pomijając postawy ekstremalne – mają za sobą poważne racje teologiczne oraz poważne argumenty wspierające ocenę kondycji współczesnego im świata.

Tych, którzy pamiętają głównie o pierwszym (i ewentualnie drugim) znaczeniu słowa „świat”, można nazwać „integrystami”. Tych, których urzekło znaczenie trzecie, określmy jako „progresistów”. Pierwsi świat oceniają surowo – jako zepsuty, wrogi Kościołowi – i są wobec niego głęboko nieufni. Drudzy wręcz przeciwnie – uważają, że zanurzenie się w świecie, a niekiedy dostosowanie się do niego, jest wpisane w ewolucję i aktualność chrześcijaństwa.

Ewangelia nie daje jednak łatwych, jednoznacznych rozwiązań. Nie daje też prostych sposobów na życie. „Bądźcie nieskazitelni jak gołębie i roztropni jak węże” – uczy Chrystus. Można sobie wyobrazić życie gołębia, choć z pewnością nie jest ono łatwe. Prostsze zapewne, lecz także nie najłatwiejsze, jest życie węża. Jednakże dopiero życie i jak gołąb, i jak wąż wydaje się niemożliwe. A do takiego właśnie życia wzywa nas Chrystus.

Jeżeli zatem świat liberalny oznacza świat, w którym wprowadza się liczne udogodnienia dla osób niepełnosprawnych, to człowiekowi Ewangelii taki świat winien się podobać. Przestaje się mu jednak podobać, staje się wrogi, gdy dozwala na aborcję przy domniemaniu, że urodzi się niepełnosprawne dziecko. Podobać mu się może znowu, jeżeli jest światem, w którym prawa człowieka są centralną wartością, ale podobać się przestaje, gdy za prawo człowieka uznaje się prawo związków homoseksualnych do adopcji.

Jednym z wielu niezwykle ważnych osiągnięć papieża pochodzącego z Polski był fakt, że „pontyfikat Jana Pawła II przyczynił się do unieważnienia tradycyjnej opozycji progresizm – integryzm (Kołakowski). Spór ten przez ostatnie stulecia głęboko podzielił Kościół, a po Soborze Watykańskim II dosłownie „zstąpił pod strzechy”. Moderniści powtarzali, że nie można ignorować osiągnięć nauki, także w dziedzinie biblistyki czy historii rozwoju dogmatów. Trzeba też ocenić pozytywnie fakt, że we współczesnym państwie liberalnym poszerza się przestrzeń indywidualnej wolności, zmniejszają się różnice społeczne, podnosi się poziom edukacji i lepiej chronione są prawa człowieka.

Konserwatyści podkreślali ideologicznie antychrześcijański charakter liberalnego państwa. Ukazywali też scjentystyczny charakter uprawiania nauki przesłaniający dążenie do prawdy ideologicznymi celami: dowodzeniem, że Bóg nie istnieje, że Biblia jest pełnym kłamstw sporządzonym przez cyników dokumentem, moralność zaś jest wymysłem przednaukowym, a Kościół w całej swej historii był centrum opresji i wstecznictwa.

Obie strony sporu miały więc na potwierdzenie swych poglądów ogromną ilość racjonalnych argumentów. Właściwie rzec by można, iż obie strony miały rację. Po Vaticanum II ten elitarny spór przeniósł się na poziom parafii i mass mediów. Było to zjawisko rozdzierające Kościół. W prawie każdym Kościele lokalnym narastała polaryzacja. Sam pamiętam, jak w jednym z seminariów duchownych w Niemczech komunia święta – centrum chrześcijańskiej jedności – stała się okazją do polemicznej manifestacji. Klerycy definiujący się jako postępowi przyjmowali komunię na rękę, z wyższością spoglądając na tradycjonalistów, ci odwdzięczali się im tym samym, przyjmując komunię do ust.

Jan Paweł II był świadom destrukcyjnej logiki takiej binarności myślenia i działania. Widział też jej nieadekwatność. Gubiła ona bowiem precyzyjny realizm Ewangelii, a także nie dostrzegała na dobre i na złe ewolucji świata, który u progu trzeciego millenium wyraźnie się różnił od świata doby oświecenia i stulecia scjentyzmu.

[srodtytul]Ewangeliczny realizm[/srodtytul]

Gruntowne i wszechstronne wykształcenie filozoficzne połączone z doświadczeniem duszpasterskim i intensywnym życiem modlitwy pomagały Janowi Pawłowi II w analizie kondycji Kościoła i świata, a także w budowaniu syntez i programów działania.

Doświadczenie Kościoła, który w ostatnich stuleciach jednoznacznie angażował się po stronie bitych i prześladowanych, pozwoliło mu uniknąć obaw związanych z doktryną praw człowieka promowaną od oświecenia jako program antychrześcijański. Dla Karola Wojtyły prawa człowieka były w oczywisty sposób produktem kultury chrześcijańskiej i wiązały się znacznie bardziej z postaciami Pawła Włodkowica i Francesco de Vittorii niż z rewolucją francuską. Masowość i witalność polskiego ludowego katolicyzmu, a zarazem tworzenie mającej intelektualne podłoże kultury chrześcijańskiej pomogły mu uniknąć typowego dla wielu zachodnich społeczności przeciwstawienia „płytkiej, obrzędowej pobożności” „wierze pogłębionej i elitarnej”. Natomiast brak silnej i agresywnej polaryzacji na tradycjonalistów i progresistów pomagał w pogłębionej i wolnej od wynaturzeń recepcji ostatniego Soboru.

Takie doświadczenie połączone z cechami osobowościowymi Karola Wojtyły pozwoliły mu, tam gdzie to było możliwe, unikać jednoznacznych skrajności, stosując jako formę działania sposób, który na swój prywatny użytek nazwałem „dwutaktem Karola Wojtyły”.

Klasycznym jego przykładem może być casus teologii wyzwolenia. Wobec ideologiczno-marksizującej interpretacji wiary dokonywanej przez wielu teologów latynoamerykańskich i będącej reakcją na realne problemy społeczne papież najpierw polecił sporządzenie dokumentu o błędach i nadużyciach teologii wyzwolenia, a później przygotowanie drugiego dokumentu o jej aspektach pozytywnych. Programowo i konsekwentnie wprowadził także Jan Paweł II doktrynę praw człowieka w korpus nauczania społecznego Kościoła i w praktykę jego działania (co dla wielu integrystów było szokiem, a spotkało się z aplauzem u progresistów). Kiedy jednak programowo i konsekwentnie podkreślał, że pierwszym pośród praw ludzkich jest prawo do życia, reakcja w obu tych środowiskach była odwrotna.

Z kolei krytyka współczesnej „kultury śmierci” była głęboko akceptowana wśród integrystów, ale gdy w ramach budowania „kultury życia” papież przeciwstawiał się wykonywaniu kary śmierci, środowiska te wycofywały swą akceptację dla jego nauczania.

Papież wypowiadał się znacznie więcej i bardziej pozytywnie od swych poprzedników o demokracji. Kiedy jednak dodawał, że demokracja niebudowana na fundamencie transcendentnych wartości może się przerodzić w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm, dotychczasowi jego poplecznicy czuli się oszukani.

Janowi Pawłowi II niezmiernie zależało na odbudowywaniu jedności chrześcijan. Ekumenizm jednak, jak wszystkie poczynania Kościoła, musi być budowany na fundamencie prawdy. Dlatego papież się nie ugiął, gdy protestanci czescy zagrozili w 1995 roku bojkotem (który potem urzeczywistnili) jego pielgrzymki do Czech, jeżeli kanonizuje zamordowanego przez husytów Jana Sarkandra. Jednakże podczas mszy kanonizacyjnej wygłosił wielką ekumeniczną homilię i wprost po Eucharystii pojechał pomodlić się na grobach protestantów zabitych przez katolików. Dwa lata później inicjatorzy bojkotu witali go w Czechach jako człowieka ekumenizmu.

Innym przykładem papieskiego „dwutaktu” była pielgrzymka w 1982 roku do Wielkiej Brytanii, która nieoczekiwanie znalazła się w stanie wojny z Argentyną o Falklandy. Episkopat Wielkiej Brytanii nalegał, by papież nie odwoływał wizyty. W Ameryce Łacińskiej przeważał jednak pogląd, że byłoby to opowiedzenie się po stronie byłych kolonizatorów i ignorowanie katolickiej Argentyny. W Watykanie z kolei uważano, że taka wizyta naruszy neutralność Stolicy Apostolskiej. Jan Paweł II natomiast doprosił do przebywających w Rzymie biskupów brytyjskich delegację biskupów argentyńskich, odprawił wspólną mszę świętą w intencji pokoju i pojednania oraz ogłosił, że wkrótce po wizycie na Wyspach Brytyjskich odwiedzi Argentynę.

Takie przykłady można by mnożyć. Jednym ze strategicznych celów pontyfikatu Jana Pawła II było bowiem budowanie samoświadomości otwartego Kościoła. To kolejny przejaw „dwutaktu Wojtyły”. Pierwsze z tych słów: „samoświadomość”, oznacza pogłębienie wiary i budowę wspólnej tożsamości na bazie znajomości tradycji, słowo drugie oznacza otwarte, odważne wyjście Kościoła do świata. Symbolem takiej postawy może być rok 1986. Jest to bowiem rok, w którym papież powołał komisję do stworzenia pierwszego od ponad czterech stuleci „Katechizmu Kościoła katolickiego”, a zarazem był to rok, w którym zwołał on przywódców wielu światowych religii do Asyżu, by wspólnie, acz nie razem, modlić się o pokój dla świata.

Podobnie było z „oczyszczaniem pamięci Kościoła”. Poznanie oraz wyznanie słabości i grzechów popełnionych w historii przez synów i córki Kościoła nie było celem samym w sobie. Było ono niezbędne, aby zarazem uczciwie rozpoznać i podkreślić ogromny wkład bezinteresowności i mądrości, dobra i piękna, które Kościół wniósł w dzieje ludzkości. Było to także potrzebne, aby dzisiejsi chrześcijanie z pokorą i odwagą wyruszyli na „współczesne areopagi”, które domagają się ewangelizacji.

Metoda „dwutaktu Wojtyły” czerpała swą siłę z realizmu, zamieniając ideologiczne, binarne widzenie świata na złożone ewangeliczne działania wymykające się dychotomicznym ocenom. To dlatego pontyfikat Jana Pawła II – w znacznej mierze – rozczarował zarówno progresistów, jak i integrystów, dając zarazem obu grupom wiele papieskich tekstów oraz działań wspierających ich wizję świata. Przełamało to logikę coraz silniejszej polaryzacji postaw wewnątrz Kościoła i znacznie osłabiło wewnątrzkościelne podziały. Jest to jedno z wielkich osiągnięć pontyfikatu Jana Pawła II dające nadzieję na nową wiosnę Kościoła. Dlatego niepokoją mnie próby odbudowywania integralno-liberalnej dychotomii w Kościele. Każde bowiem osiągnięcie można zmarnować. Bo choć różnice i napięcia we wspólnocie wiernych towarzyszą Kościołowi od samego początku, a niekiedy bywają wręcz twórcze, to ideologiczny, binarny ogląd Kościoła i świata w kategoriach prawda – fałsz, swój – obcy jest niebezpieczny, gdyż kreuje podziały, które tworzą sprzężenie zwrotne – wzajemnie siebie wzmacniają. Ich efektem nie jest jednak ewangeliczny radykalizm, lecz ideologiczny ekstremizm. Z gruntu niechrześcijańskie i bardzo niebezpieczne zjawisko.

[i]Autor jest teologiem i filozofem, założycielem Instytutu Tertio Millennio w Krakowie, dyrektorem Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku. W latach 1998-2006 był prowincjałem polskiej prowincji dominikanów.[/i]