Jako jedyny polityk w Polsce może podjąć równą walkę z Bronisławem Komorowskim. Jest też naturalnym wykonawcą politycznego testamentu swego tragicznie zmarłego brata. Czy może wygrać? W jakim stopniu na jego pozycję wpłynęła żałoba? Nad tymi pytaniami głowią się dziś wszyscy komentatorzy. Jedni z nadzieją, inni ze strachem.
Według sondaży kandydat Platformy wciąż dysponuje bezpieczną przewagą. I – mogłoby się zdawać – może spać spokojnie, bo do wyborów ledwo dwa miesiące. Co więcej, w oczach wielu Polaków Komorowski nie tyle zastępuje zmarłego prezydenta, ile już po prostu – dzięki publicznym wystąpieniom – jest głową państwa. Są jednak i tacy, którzy twierdzą, że badania opinii nie pokazują prawdy, bo w tym szczególnym wypadku wskutek traumy respondenci nie przyznają się do politycznych sympatii. Co nie ulega wątpliwości, to zmiana obrazu Jarosława Kaczyńskiego. Ludzie widzą w nim teraz przede wszystkim człowieka zdruzgotanego cierpieniem. Kogoś, kto niczym biblijny Hiob musi znieść śmierć najbliższych. Miliony mogły obserwować jego skupioną twarz przy trumnie brata. Patrzeć i współczuć. Widzieć nie polityka, nie ideologa IV RP, nie sprawnego i bezwzględnego gracza politycznego, ale żałobnika. Obciążonego całą ludzką bezradnością, słabością, niemocą. Równego im w bólu, w rozpaczy wobec przemagającej mocy zła. Śmiertelnika owładniętego żalem i smutkiem.