Jakob był pierwszą osobą, którą spotkałem na izraelskiej ziemi. Miły, starszy działacz syjonistyczny, przyszedł do portu w Hajfie, by nas powitać – m.in. grupę dzieci z Polski, które przypłynęły na pokładzie rumuńskiego statku „Transylwania” z Konstancji.

Był 6 grudnia 1947 roku, dokładnie tydzień po ogłoszeniu rezolucji ONZ, która zdecydowała o podziale Palestyny na państwa żydowskie i arabskie, i o tym, że Jerozolima miała się stać międzynarodową strefą pod nadzorem ONZ. Tego dnia pierwszy raz w życiu postawiłem stopę na izraelskiej ziemi.

Nasz statek dobił do portu dzień wcześniej. To była sobota, szabas. W ten dzień Żydzi nie pracują. Siedzieliśmy zatem całą noc na pokładzie i czekając na świt, patrzyliśmy na Hajfę – na górę Karmel, na piękne niebo, na naszą ziemię obiecaną.

Jakub mówił do nas po hebrajsku. Rozumieliśmy, bo już wcześniej zaczęliśmy się uczyć. Zaprowadził nas do autokaru. Jechaliśmy nim później przez Hajfę i właśnie wtedy doświadczyłem mojej pierwszej w życiu intifady – Arabowie zaczęli rzucać kamieniami w nasz autobus.

Wjechaliśmy na górę Karmel i tam pierwszy raz w życiu jadłem humus. Były też banany, oliwki, pomarańcze, do których szybko się przyzwyczailiśmy. Ale były też dania orientalne, bo Żydzi w Hajfie żyli razem z Arabami. Stamtąd trafiliśmy do domu dziecka niedaleko Tel Awiwu. A potem do szkoły rolniczej z internatem w Hadassim.

Przywitał nas Josef, żydowski ochroniarz na koniu. Mówił po hebrajsku z węgierskim akcentem. Każdy z nas miał swój akcent i łatwo było rozpoznać, skąd pochodzi. Dyrektorem szkoły był Jeremiasz Szapiro, którego rodzina pochodziła z Polski.

Nasza szkoła znajdowała się na pustyni. Przyjechaliśmy w grudniu, a tam 30 stopni! Nigdzie nie mogliśmy znaleźć cienia. Dopiero potem posadziliśmy małe drzewka, które dziś są ogromne. Za każdym razem, gdy tam jestem, pokazuję córce, wnuczce, znajomym drzewo, które wtedy posadziłem.

Doskonale pamiętam, kiedy dla nas – kilkunastoletnich chłopców – zaczęła się wojna o niepodległość. To był styczeń 1948 roku. Niedaleko Hadassim była wioska, w której mieszkali Arabowie, Beduini. Pewnego dnia zaczęli uciekać, zostawiając cały swój dobytek i pola pełne upraw. I my, chłopcy, poszliśmy tam zrywać pomidory. A przecież to nie były nasze pomidory. Odżyły wspomnienia z II wojny światowej.

[srodtytul]Jest nas coraz więcej[/srodtytul]

Do szkoły w Hadassim chodził ze mną Udi Dajan, syn jednego z najważniejszych izraelskich generałów. Jego ojciec Mosze Dajan często przyjeżdżał go odwiedzać. Wyglądał jak Nelson albo Kutuzow, bo w 1944 roku stracił w Iraku jedno oko. Już wtedy był bardzo popularny, należał do lewicowej partii Mapai. Po wojnie o niepodległość stał się bohaterem. Został szefem sztabu i jako bohater zapisał się w izraelskiej historii.

Prawdziwa wojna wybuchła 15 maja, dzień po ogłoszeniu niepodległości przez Dawida Ben Guriona. Powstał wtedy pierwszy izraelski rząd, z którego byliśmy bardzo dumni! Byłem przyzwyczajony, że Żydzi żyją na całym świecie. Ale rząd? Nawet nie istniało hebrajskie słowo oznaczające ministra! Pojawiło się dopiero dwa dni później. Sar. A zatem na czele pierwszego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych stanął sar Icchak Grinbaum, który przyjechał z Polski w 1935 roku. Dawid Ben Gurion, z Płońska, był ministrem obrony, Mosze Szertok z Ukrainy stanął na czele MSZ.

Zaraz jednak egipskie samoloty zaczęły zrzucać bomby na Tel Awiw. Tego dnia w Hadassim kopaliśmy schrony, choć byliśmy w centrum kraju i ta krwawa wojna do nas nie dotarła.

Na Izrael napadło sześć państw arabskich. Zaczęła się mobilizacja. Pewnego dnia z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie wyruszyły całe wydziały Fizyki i Matematyki, które dostały wezwanie do oddziałów Hagany. Jechali na południe. Po drodze cała grupa 35 osób została napadnięta przez Arabów i zamordowana. Arabowie odcięli im głowy, spalili ciała. Wojna, która zakończyła się w 1949 roku, kosztowała życie 6 tysięcy ludzi.

Podczas wojny Jerozolima była okrążona. Zgodnie z deklaracją ONZ miały powstać dwa państwa, a Jerozolima miała być wolnym miastem. Początkowo jej stara część trafiła pod okupację jordańską. My rządziliśmy w części zachodniej. Tymczasowy parlament spotykał się w Tel Awiwie w gmachu, w którym mieściła się opera. Dopiero w grudniu 1951 roku Ben Gurion postanowił przenieść go do Jerozolimy. Na początku do budynku fabryki cukierniczej. Potem – w 1966 roku – do nowego gmachu. Do dziś Kneset obraduje w Jerozolimie, ale nie ma tam ani jednej zagranicznej ambasady.

25 stycznia 1949 odbyły się pierwsze wybory parlamentarne. Wszystko było pierwsze i wszystkie gazety żyły tylko tym. Był pierwszy premier Izraela. Była pierwsza drużyna piłki nożnej, która wygrała pierwszy mecz z Cyprem 6:0. Byli pierwsi ambasadorowie. Do Polski pojechał ambasador Julek Barzilai. Swoje pierwsze placówki w Izraelu założyli Amerykanie i ZSRR. Był pierwszy prezydent Chaim Weizmann. A 11 maja 1949 r. Izrael został przyjęty do ONZ.

Nasz kraj zaczął się rozwijać. Powstawały drogi, tory. Zaczęły się też pierwsze ogromne alije Żydów – imigracje do Izraela. My, chłopcy w Hadassim, do tej pory żyliśmy w naszym małym polskim świecie. Myślałem, że cały żydowski naród pochodzi z Polski. Nathan Alterman był wtedy najważniejszym poetą w Izraelu. Co tydzień w piątek drukował swój poemat w dzienniku partii Mapai „Dawar” (Rzecz). On też pochodził z Warszawy. Najważniejszym autorem piosenek był Haim Chefer, też z Polski, z Sosnowca. Wtedy nie było telewizji. Ben Gurion długo jej nie chciał i do Izraela dotarła dopiero w 1968 roku. Ale wszyscy słuchali radia – jedynej stacji Call Israel, w której ciągle leciały piosenki w rodzaju „Wojenko, wojenko”.

Aż tu nagle pewnego dnia niedaleko nas powstał brytyjski obóz wojskowy, do którego zaczęto zwozić imigrantów z Jemenu i Iraku! Chodziliśmy tam, pomagaliśmy, uczyliśmy ich hebrajskiego. Do Izraela przyjechały setki tysięcy Żydów z Afryki Północnej, z Syrii. Wyglądali inaczej, mieli inną kulturę, ale mówili po hebrajsku. Dla nich Ben Gurion też był mesjaszem. Popularną piosenkarką była pochodząca z tego kraju Szoszana Damari, która śpiewała do słów Altermana. W ten sposób w listopadzie 1949 roku Izrael miał już milion mieszkańców. I ciągle przybywali nowi.

[srodtytul]Ocaleni odzyskują godność[/srodtytul]

Spokojne lata skończyły się w 1956 roku. Jak każdy obywatel Izraela służyłem wtedy w armii. Na czele sztabu stał Mosze Dajan. 26 lipca prezydent Egiptu zamknął Kanał Sueski. Izrael, Francja, Wielka Brytania zareagowały natychmiast. Nasza armia dotarła do Suezu. Premier Rosji Nikołaj Bułganin groził bombą atomową, jeśli się nie wycofamy. Wycofaliśmy się pod międzynarodowym naciskiem. Do Ben Guriona zadzwonił prezydent USA Dwight Eisenhower. – Musicie się wycofać – powiedział. – Obiecuję, że zrobimy wszystko, żebyście mieli spokojne życie, żeby nikt wam nie groził.

To był prawie rozkaz. I wycofaliśmy się w 1957 roku, bo Ben Gurion miał żydowską mądrość życiową. Żegluga dla Izraela została odblokowana. Zaczęło się dziesięć pięknych lat. Cud gospodarczy. Wielkie inwestycje.

Ale Żydzi nie zapomnieli o Holokauście. Cały czas trwał pościg za nazistami. Jeszcze przed powstaniem Państwa Izrael łapaniem nazistów, którzy stali na czele fabryki śmierci, zajmowały się konspiracyjne organizacje w Erec Israel. Ale nie tylko. W latach 1945 – 1948 byli też tacy, którzy służyli w brygadzie żydowskiej w partyzantkach europejskich i w armii angielskiej. Po wojnie zostali w Europie właśnie po to, by ścigać nazistów. System zemsty był prosty. Porywano ich i likwidowano. Bardzo ważną rolę odegrał Szymon Wiesenthal, który pochodził z Buczacza i przeżył wojnę w kilku obozach. Całe życie poświęcił łapaniu nazistów.

Aż nadszedł 22 maja 1960 roku. Ben Gurion miał wtedy swoją najkrótszą przemowę w Knesecie. – Chcę zawiadomić, że służby bezpieczeństwa Izraela zatrzymały jednego z największych nazistów, który jest odpowiedzialny za ostateczne rozwiązanie, czyli zamordowanie sześciu milionów europejskich Żydów. Już jest w więzieniu i szybko stanie przed sądem – oświadczył.

Tamtego dnia jechałem z moją bratową do szpitala. Mój brat był w wojsku, jego żona była w ciąży, a ja miałem samochód. Była pora obiadowa. Włączyłem radio i przeżyliśmy szok. Bałem się, że urodzi w samochodzie, ale byliśmy już blisko. Wchodzimy do szpitala, a tam wszyscy sparaliżowani sensacyjną wiadomością.

Proces Adolfa Eichmanna zaczął się w 1961 roku i stał się pierwszą światową mównicą dla tych, którzy przeszli Zagładę i pierwszy raz mogli publicznie opowiedzieć o tym, co przeżyli. Proces transmitowało radio. Cały naród mówił tylko o Eichmannie.

Byłem wtedy studentem. Wepchnąłem się do Domu Narodu, w którym odbywał się proces. Głównym oskarżycielem był Gideon Hausner, pochodził ze Lwowa. – Ja nie jestem tutaj sam, ze mną jest sześć milionów Żydów, których tu nie widzimy i nigdy nie zobaczymy. Ja jestem głosem tych sześciu milionów – powiedział. Jeszcze trzęsę się na wspomnienie tych słów.

Eichmann przebywał na sali sądowej w szklanej klatce. A cała sala mówiła wieloma językami – po polsku, węgiersku, słowacku, holendersku, włosku, rumuńsku, francusku. Było lato i nikt nie miał na sobie marynarek. Widać było numery obozowe na rękach. Całą przeszłość, łzy. Patrzyłem na tych ludzi i myślałem: Poczucie zemsty jest takie ludzkie. Ja chyba bym go zabił.

Siedziałem w pierwszym rzędzie obok jego syna. To był młody, 19-letni chłopak. Zastanawiałem się, czy go nienawidzę, ale miałem dla niego litość. Zrozumiałem, że walczy o swojego ojca. Co kolejne pokolenie jest winne, że miało takich ojców? I tak całe życie żyją ze znamieniem Kaina.

Pamiętam pierwszego świadka. To był K. Cetnik. Tak podpisywał swoje książki. Od kacetu, niemieckiego obozu. Znałem go jeszcze z Hadassim, gdzie była jego córka. – Ja przyszedłem tutaj z innej planety. Tam ludzie nie mieli imion i nazwisk, tylko mieli numery. Wszyscy wyglądali tak samo. Nie mieli mięśni, tylko szkielety – mówił.

Pierwszy raz poczuliśmy się w naszej ojczyźnie jak w domu. Pierwszy raz sabrzy – Żydzi urodzeni w Erec Izrael – okazali nam respekt. Pierwszy raz społeczeństwo izraelskie zrozumiało, co naziści nam zrobili. To był nasz czas, czas ocalonych. Wcześniej patrzyli na nas jak na barany, które szły na rzeź.

Eichmann dostał karę śmierci, która została wykonana. Skremowano jego ciało i prochy wrzucono do morza. Chodziło o to, by nie pozostał po nim żaden ślad, z którego mogliby skorzystać faszyści, gdyby chcieli, czego się obawiano, zrobić z Eichmanna swego idola.

[srodtytul]Rodzinny spokój[/srodtytul]

Studiowałem wtedy na Uniwersytecie Hebrajskim. Wbrew rodzicom wybrałem nauki polityczne. Chcieli, bym został lekarzem albo prawnikiem i miał zawód, który – w razie czego – w każdym kraju mógłbym wykonywać. – A kto wie, gdzie będziemy? Jak będzie wyglądał Izrael? – pytali. W narodzie żydowskim zawsze istniała pewna ostrożność. Los go nauczył, że zawsze przy sobie trzeba mieć jakąś walizkę.

Na uniwersytecie ogromny wpływ na moje życie miało trzech profesorów:

Jacob Talmon – wybitny historyk światowej sławy, z Polski. To on stworzył pojęcie „demokracja totalitarna”. Pod jego wpływem ukształtowały się moje lewicowe poglądy; prof. Benjamin Akzin – twórca Wydziału Nauk Politycznych w Hajfie, wielki syjonista z Rygi. To dzięki niemu czułem się na Bliskim Wschodzie jak na europejskiej wyspie. To on namówił mnie na doktorat. I on ukształtował mój stosunek do Europy; prof. Alexander Fuks – specjalista od historii Grecji. Miał siostrę Miriam w Haddasim i przyjeżdżał do niej. Wtedy go poznałem. Miał polski akcent. I to on nauczył mnie, że z punktu widzenia kultury demokratycznej Izrael to Ateny. Ale ponieważ jest otoczony, więc czasem zachowuje się jak Sparta.

Od początku lat 60. duży wpływ na mnie miał też Lewi Eszkol, pochodził z Ukrainy. W 1963 roku Ben Gurion zrezygnował ze stanowiska premiera i Eszkol go zastąpił. Ben Gurion był bardzo autorytarny. Gdy postanowił, że w Izraelu nie będzie telewizji, to nie było. A Eszkol był liberalnym socjaldemokratą. Postanowił, że zwłoki Zeewa Żabotyńskiego, lidera syjonistycznego, który w latach 30. ostrzegał przed Holokaustem, trzeba przewieźć z Londynu do Izraela. I tak się stało (wcześniej wielu było temu przeciwnych – przyp. red.). Postanowił, że powstanie Narodowa Rada Radiofonii, i tak się stało. Dotychczas radio było głosem premiera. Eszkol dbał też o prawa pracowników. Zbudował system nawadniający. Był jednym z naszych najwybitniejszych premierów. Poznałem go osobiście, gdy zacząłem pracować w radiu jako dziennikarz i jeździłem po kibucach. Prowadziłem program „Dwie minuty inteligencji”. W rzeczywistości były to dwie godziny pytań i zagadek. Eszkol, który pochodził z kibucu Degania B, w każdy piątek tam wracał. I wtedy przychodził na spotkania ze mną.

Dzięki moim audycjom poznałem najważniejsze osoby w państwie. Zacząłem też pisać książki dla dzieci, miałem swoją rubrykę w gazecie. Ożeniłem się z Ester, w 1962 roku urodziła się nasza córka Ifat, a w pięć lat później syn Noam. To była spokojna, rodzinna dekada. Aż do 1967 roku.

[srodtytul]Szansa stracona w sześć dni[/srodtytul]

Wtedy już odczuwało się napięcie. I na południu, i na północy. Mieliśmy poczucie, że z każdej strony otacza nas Związek Radziecki, który dostarczał broń i samoloty m.in. do Egiptu i Syrii. Poszło o system nawadniania. Syrii nie spodobało się, że prowadzimy prace niedaleko granicy i wezwała inne państwa arabskie do działania. Syrię poparły Egipt, Jordania, Irak, Kuwejt, Tunezja, Sudan, Maroko, Algieria. W Izraelu zaczęła się mobilizacja. 5 czerwca Egipt ostrzelał osiedla żydowskie. Ale lotnictwo Izraela, doskonale przygotowane przez Ezera Weizmanna, bratanka pierwszego prezydenta Izraela, zniszczyło egipskie samoloty. Potem on sam został prezydentem, a ja – jako przewodniczący Knesetu – przyjmowałem jego przysięgę.

Tę wojnę wygraliśmy już w ciągu kilku godzin. Malutki Izrael nagle zdobył syryjskie wzgórza Golan, Zachodni Brzeg Jordanu, a także część Jerozolimy, egipski Synaj oraz Strefę Gazy. To było za dużo. Od tego zaczęły się nasze problemy. Ta wojna zmieniła historię Bliskiego Wschodu. 13 państw arabskich uznało, że nigdy w pojedynkę nie będzie negocjować z Izraelem. A stosunki Izraela z całym komunistycznym światem, również z Polską, zostały zerwane.

Z powodu wypadku samochodowego, który miałem w 1965 roku, nie brałem udziału w tej wojnie. Przez osiem miesięcy przebywałem w szpitalu, byłem sparaliżowany, jeździłem na wózku. Nie mogłem służyć w armii. Ale pomagałem żołnierzom, odwiedzając ich w szpitalach i organizując dla nich rozrywkę.

Miesiąc przed wojną sześciodniową wybieraliśmy najlepszą pieśń Izraela. Wygrała kompozytorka Naomi Szemer z pieśnią „Złota Jerozolima”, w której opisała, jak bardzo Żydzi tęsknią za Ścianą Płaczu. Ta pieśń okazała się prorocza, bo pięć tygodni później już byliśmy koło Ściany Płaczu.

Icchak Rabin wygłosił wówczas bardzo pokojową przemowę. Mówił, że ta wojna daje nam nadzieję na pokój. Ale ja czułem, że tracimy szansę na stworzenie nowej rzeczywistości na Bliskim Wschodzie. Dziś widać, że słowa Rabina nie sprawdziły się. Nie udał nam się powrót do normalnego życia. Myślę, że tamto zwycięstwo nas zepsuło.

[srodtytul]Tragedia w Monachium[/srodtytul]

Po wojnie sześciodniowej naród ogarnęła euforia. Co chwila ukazywały się albumy gloryfikujące generałów i nasze zwycięstwo. Mosze Dajan był już prawdziwym bohaterem narodowym. Wkrótce doszli kolejni.

Kiedy w 1969 roku zmarł Lewi Eszkol, na stanowisku premiera zastąpiła go Golda Meir z Partii Pracy. Miała wtedy prawie 80 lat. Do Erec Izrael przyjechała w latach 20. z Ukrainy. Długie lata spędziła w USA. To była żelazna dama.

Pamiętam, jak Marc Chagall, największy malarz żydowski na świecie, podarował Knesetowi swoje przepiękne gobeliny. Zostałem zaproszony na tę uroczystość. Byłem już członkiem Partii Pracy. Pamiętam, jak Golda Meir siedziała w pierwszym rzędzie razem z Chagallem. Trzymała kwiaty i oboje rozmawiali w jidysz. Pod tymi gobelinami w Knesecie odbywały się później wszystkie uroczystości. Ja sam – jako przewodniczący Knesetu w latach 1992 – 1996 przyjąłem tu 58 liderów z całego świata.

Ale na początku lat 70. euforia zaczęła zanikać. W 1972 roku dotknęła nas okropna tragedia – w Monachium, gdzie odbywała się olimpiada, zamordowano 11 izraelskich sportowców. To był 5 września. Przeżyliśmy ogromny szok. W centrum świata mordują Żydów! Wśród nich był Mosze Weinberg. Mój bliski przyjaciel z Hajfy. Nazywałem go Moni. Gdy bywałem w Hajfie z moim programem radiowym, przychodził i odpowiadał na pytania. Był trenerem zapaśników. Morowy człowiek. Spotkałem go trzy tygodnie przed wyjazdem na olimpiadę w Wyższej Szkole Sportu. Prowadziłem tam wykład dla sportowców, by wzbogacić ich wiedzę o społeczeństwie izraelskim. Dużo opowiadałem im o Izraelu. Bardzo wyściskałem się wtedy z Moni. Pożegnaliśmy się serdecznie.

Golda Meir dała wówczas rozkaz, by zlikwidować wszystkich terrorystów. Od tego czasu co jakiś czas dochodziły do nas informacje, że ktoś z nich został zabity. Nie mam dla nich litości, bo z terrorystami można rozmawiać tylko jednym językiem.

To był bardzo smutny rok. A kolejny przyniósł nową wojnę.

[srodtytul]Wojna Jom Kippur[/srodtytul]

Jest godzina 14, jesteśmy w synagogach. Nagle alarm. Wszyscy w szoku. W telewizji pojawia się Golda Meir. Do dziś pamiętam jej przemówienie: – Obywatele Izraela. Dziś, w porze obiadowej armia egipska i syryjska zaatakowały Izrael. Atakują nas artylerią, czołgami, z powietrza. Armia Izraela broni się. Jest dużo ofiar po stronie wroga, ale walka jest ciężka. Myśleli, że jak zaatakują w święto Jom Kippur, kiedy wszyscy modlimy się w synagogach, to damy im wygrać. Ale my się nie damy.

Zaczęła się mobilizacja. Wojna trwała 18 dni. Straciliśmy ponad 2,5 tysiąca żołnierzy, 7,5 tysiąca było rannych. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że Mosze Dajan miał plan, by użyć naszej ostatecznej broni. Nie powiem jakiej. Ale Golda Meir powiedziała: Nie.

Armia izraelska była już 40 km od Damaszku, zbliżała się też do Kairu. Wojna skończyła się historycznym zwycięstwem, ale przyniosła też ostateczny koniec euforii. Analizą wojny zajęła się specjalna komisja śledcza. Rok później Golda Meir podała się do dymisji. Na czele rządu stanął Icchak Rabin. Wraz z nim pojawiła się nadzieja na pokój.

Bardzo popierali go poeci i pisarze. Jednym z nich był Amos Oz, którego poznałem w 1976 roku. Byłem wtedy w sanatorium należącym do związków zawodowych Partii Pracy – w Hajfie. Trafiłem tam po operacji biodra i właśnie tam spotkałem Oza. Już wtedy był niezwykle popularny. Znana była jego powieść „Mój Michael”. Na rozmowach o kulturze i polityce spędziliśmy dwa tygodnie.

W Izraelu zaczęła się wtedy rozwijać pokojowa, antywojenna awangarda. Ale zaczął się też tworzyć kult wielkiego Izraela. Gdy w 1976 roku Rina Mor zdobyła tytuł Miss Universe, byliśmy tacy dumni! Moja rodzina znała ją zresztą bardzo dobrze. Rina pochodziła z Hajfy, była naszą sąsiadką.

W tym samym roku Mossad pokazał, jak bardzo potrafi być skuteczny nawet cztery tysiące kilometrów od granic kraju. W Ugandzie uwolnił zakładników porwanego samolotu. Nikt nie zginął z wyjątkiem prowadzącego akcję Joni Netanjahu, brata późniejszego premiera Izraela.

[i]—współpraca Katarzyna Zuchowicz[/i]