Otwieram ostatnią „Politykę” i proszę: „Na dźwięk słowa »wspólnota« rewolweru nie odbezpieczam, ale mam bardzo mieszane uczucia” – pisze publicysta Adam Szostkiewicz. Uff, dobrze, że nie będzie strzelał i że wolno w Polsce mówić o wspólnocie i mimo to uchodzić z życiem. Chociaż, gdy wczytać się uważniej w tekst, to uczucia Szostkiewicza wcale nie są mieszane. To strach, obawa, niechęć.

Warto im się przyjrzeć dokładnie. Wyraża bowiem Szostkiewicz, śmiem twierdzić, powszechne przekonania części inteligencji. „Wskutek nieustannego powtarzania w mediach fraz »wspólnota narodowa«, »Polacy« powstaje wrażenie, że obywatele polscy niebędący etnicznymi Polakami po prostu się nie liczą”. Czytam i oczom nie wierzę. W jaki sposób myślący człowiek, a za takiego ma się Szostkiewicz, może dokonywać takiego wnioskowania? Wspólnota narodowa to w żadnym wypadku nie jest grupa etnicznych Polaków. To nie szczep, nie plemię. Nie krew i nie pochodzenie tylko rozstrzygają o polskości. A co? Świadome przyjęcie na siebie obowiązków. Gotowość do ponoszenia ofiar.

O ile wartości – wolność, honor, dobro – zawsze mają charakter uniwersalny i ponadczasowy, o tyle w rzeczywistym świecie można je realizować tylko wraz z innymi, we wspólnocie, będąc zakorzenionym w konkretnej historii. To właśnie umożliwia przynależność do narodu. Jest zatem coś takiego jak polski idiom, jak polskość, która jest częścią tożsamości Polaka, o ile sam się jej nie wyrzeknie.

Nie każdy etniczny Polak należy do wspólnoty narodowej. Mogą się w niej znaleźć – na mocy dokonanego wyboru – całkiem nieetniczni Polacy. Dziwne, że ktoś tego nie rozumie. Ba, pójdę dalej. Tak wykpiwana przez liberałów, niezgrabna może formuła „prawdziwego Polaka” ma sens. Prawdziwy Polak to choćby ten, który gotów był w Katyniu ponieść śmierć, bo nie przystał na narodowe odszczepieństwo i nie uległ Sowietom. Prawdziwy Polak w 1945 roku wolał walczyć z nieprawdziwymi Polakami z jednostek UB. Oczywiście, dzisiaj polskość znaczy co innego niż kilkadziesiąt lat temu. Zawsze jednak musi zawierać w sobie przywiązanie do ojczyzny, uznanie dla jej suwerenności, przedkładanie jej korzyści nad interesy innych wspólnot.

To oznacza podział i wykluczenie – zawoła Szostkiewicz. Tak. Tyle że dotyczy to każdego pojęcia, na przykład podziału – posługuje się nim publicysta „Polityki” – na demokratów i niedemokratów.

Szostkiewiczowi wspólnota narodowa kojarzy się z radykalną, faszyzującą prawicą i katolickim państwem. No, jakby mogło być inaczej. Kto nie potrafi zdobyć się na chłodny namysł, musi uciekać się do straszaka. Uspokoję Szostkiewicza. Wspólnota narodowa nie jest tak szeroka jak ludzkość, zgoda. Wszakże to najszersza wspólnota, dzięki której realnie można zmieniać świat. Naprawdę, nie ma się czego bać.

[ramka][link=http://blog.rp.pl/lisicki/2010/05/28/otwartosc-wspolnoty/]Skomentuj[/link][/ramka]