Zarazem pomija fakty istotne dla jego biografii politycznej. I tak:

1.

Nie jest prawdą, że Tuwim był „wiernym przyjacielem sanacyjnych dygnitarzy [...], pisał na ich zamówienie wyborcze slogany i inne świetnie płatne chałtury". Spośród owych dygnitarzy znał bliżej tylko Wieniawę-Długoszowskiego, który chętnie (do czasu) przebywał w towarzystwie skamandrytów. Prosanacyjnych sloganów nie pisywał. Autor felietonu nie chce pamiętać, że przedwojenny Tuwim to autor pacyfistycznego wiersza „Do prostego człowieka", który wywołał oburzenie w sferach wojskowych, drwiących „Wierszy o państwie", a przede wszystkim najbardziej chyba drapieżnej antysanacyjnej satyry „Bal w operze".

2.

Tuwim po wojnie nigdy nie nazywał owych sanacyjnych dygnitarzy „polskimi faszystami, gorszymi od Hitlera, jego wiernymi i uczynnymi pomagierami, sługusami i lokajami". Jedynie w „Kwiatach polskich" (pisanych zresztą w czasie wojny) gwałtownie napadł na „ozońskich błaznów i bałwanów", co zabiegali o przychylność dostojników III Rzeszy i włoskiego rządu faszystowskiego, „honor dziejów plugawili nikczemnym marszem na Zaolzie". Na emigracji nie były to poglądy odosobnione.

3.

Bezpodstawną insynuacją jest twierdzenie, że prokomunistyczna postawa Tuwima była „rezultatem niepojętej, niewiarygodnej nienawiści do Polski przedwojennej, wszystkiego, co mu się z nią sensownie czy niesensownie kojarzyło". O tym, co mu się z Polską przedwojenną kojarzyło, Tuwim pisał zupełnie inaczej – z wielkim sentymentem i nostalgią w słynnym fragmencie „Kwiatów polskich" (część 1, VIII)

4.

Żenująco egzaltowane pochwały Związku Radzieckiego i ustroju komunistycznego, Stalina i Bieruta w wierszach i artykułach Tuwima – to są fakty. Ale Ziemkiewicz eksponuje inne oskarżenie: „Rzucał się wściekle na wszystkich wrogów Stalina i Bieruta, kąsając najdotkliwiej, jak mu na to pozwalała posiadana władza nad słowem". Tymczasem chodzić tu może tylko o trzy wiersze, na tle swoich czasów nie tak znów kompromitujące – „Wielbicielom BBC", „Archanioł" (przeciw krajowym zwolennikom III wojny światowej) i „We mgle" (również o zwolennikach III wojny, tu – emigracyjnych). Ziemkiewicz pisze także, że Tuwim w jakimś swoim liście prywatnym cieszył się z represji wobec „reakcyjnych szubrawców z PSL", nie wiadomo jednak, gdzie ten list można by przeczytać, bo w książkowych wydaniach jego korespondencji nie sposób go znaleźć.

5.

Powołuje się Ziemkiewicz na jakiegoś świadka, który opowiadał o tym, że Tuwim zapewniał Jacka Różańskiego o swoim dla niego szacunku i wdzięczności. Dalej przypomina o okrucieństwach Różańskiego, które jednak stały się wiadome dopiero w okresie odwilży. Nie przychodzi mu na myśl, że Tuwim o tych okrucieństwach na początku lat 50. mógł nie wiedzieć – tym bardziej że był to człowiek politycznie naiwny, a wtedy zaślepiony i niemający kontaktów ze środowiskiem opozycyjnym.

6.

Nie ma żadnych podstaw insynuacja Ziemkiewicza, że „w oszalałym umyśle wielkiego niegdyś poety nie było już żadnej różnicy między Franzem Kutscherą a tymi, którzy go zlikwidowali, między SS a AK, między rządem londyńskim a Hitlerem". Czyżby? W roku 1946 Tuwim petycją do Bieruta ocalił od śmierci skazanych na nią sześciu NSZ-owców. Aby prośbę swą umocnić, posunął się nawet do kłamstwa, że rodzina jednego z nich, Jerzego Kozarzewskiego, ratowała w czasie okupacji matkę Tuwima. Pisano o tym wielokrotnie (m.in. syn Jerzego, Marcin Kozarzewski, w „Polityce" 2002, nr 30). Kto charakteryzuje biografię polityczną Tuwima, ten powinien o tej sprawie wiedzieć. Kto wiedząc – przemilcza, ten nie jest sumienny wobec pamięci o Tuwimie.

— Henryk Markiewicz

Pochlebiam sobie, że nie pierwszy raz jestem strofowany przez prof. Markiewicza. Gdy kiedyś napisałem: „nie trzeba kłaniać się okolicznościom, jak lubił powtarzać prymas Wyszyński", pan profesor, najwyraźniej nie doczytawszy, pouczył mnie w swojej (skądinąd zwykle znakomitej) rubryce „Camera obscura", że to słowa Norwida. Innym razem, cokolwiek wbrew konwencji tejże rubryki poświęconej punktowaniu oczywistych lapsusów, zacytował kilka moich mocnych sformułowań, by ogłosić, że „chamieję", co jest odkryciem wątpliwym, hrabiego wszak nigdy nie udawałem. Jest to więc już trzecia próba podważenia moich kompetencji i po raz trzeci chybiona. O zażyłości Tuwima z sanatorami, pisaniu im wyborczych sloganów i braniu za to pieniędzy pisał Marian Hemar, w okresie międzywojennym bliski przyjaciel poety. Szokujące słowa o „mścicielu" Różańskim zaczerpnąłem z książki Marci Shore „Kawior i popiół"; tamże znaleźć można wiele innych wypowiedzi poety uzasadniających moje o nim opinie. Polecam tę książkę, która dobitnie, acz zapewne niezamierzenie, demaskuje powierzchowność i strupieszałość naszego życia literackiego, bo trzeba było Amerykanki, by miała odwagę upublicznienia źródeł, listów i relacji, które niby nie są tajne, ale za to uporczywie przemilczane, jako niepasujące do ustalonych stereotypów o lewicujących intelektualistach międzywojnia. Z całym szacunkiem dla pana profesora wiedza, którą usiłuje mi zamknąć usta, jest wiedzą ustaloną w PRL (choć fragment listu, w którym Tuwim cieszył się, że „reakcyjnym szubrawcom" z PSL cenzura uniemożliwiła opublikowanie negatywnej recenzji, znalazł się we wstępie do Czytelnikowskiego wydania „Balu w Operze" jeszcze w latach 80. – zapewne przez niedopatrzenie), której salon III RP nie pozwala weryfikować, by „świętości nie szargać". Jeśli jednak nie ograniczać się do tego, co znajduje się w wydanych drukiem poezjach, i nie gardzić świadectwami z emigracji, taki portret upadku poety, jaki nakreśliłem, znajduje uzasadnienie w źródłach. W przeciwieństwie do sugestii pana profesora nie kieruje mną chęć uwłaczania pamięci wielkiego poety. Po prostu „potomność to cholera taka", co „im talent większy, tym ci błędy/ Surowiej liczy, nie łaskawiej" – jak pisał wspomniany Hemar w wierszu o innym ze świętych patronów dzisiejszej liberalnej inteligencji Słonimskim. Mówiąc nawiasem, Hemar także, jak pan profesor, tłumaczył upadek Tuwima „polityczną naiwnością" (nieco ostrzej to formułując), ale bez jego tuszowania. Ten rodzaj sumienności bardziej mi odpowiada.

—Rafał A. Ziemkiewicz