Rz: Cracovia zaczyna sezon od zwycięstwa nad Górnikiem Zabrze 3:0, a pan narzeka, że mogło być lepiej. Już tak mocni się poczuliście?

Jacek Zieliński: Jeśli tak to pan odebrał, to znaczy, że nie wyraziłem się precyzyjnie. Na nic nie narzekałem. Prowadziliśmy 3:0, mogliśmy strzelić więcej bramek, ze skutecznością nie było najlepiej i to wszystko. Ale dobrze rozpoczęliśmy rok, wszystko funkcjonuje tak, jak trzeba.

Gdyby tak było, Deniss Rakels nie odszedłby do Reading. Zgodził się pan na sprzedaż zawodnika, który zdobył jesienią 15 bramek?

Nie mogliśmy go zatrzymać. Mimo że Deniss miał bardzo dobry kontrakt, angielski klub, choćby nawet z Championship, a nie Premier League, jest dla zdolnego 23-latka atrakcyjniejszy niż Cracovia. Chcieliśmy go zatrzymać do czerwca, nie udało się. Musimy teraz pokazać, że jest życie po Rakelsie.

I już pan wie, że będzie? W ataku został panu jeden dobry napastnik, Słowak Erik Jendrisek, i jeden słabszy – Dariusz Zjawiński...

To nie do końca tak. Rakels był i napastnikiem, i pomocnikiem. Grał na lewym skrzydle, podawał, strzelał bramki i harował w obronie. Teoretycznie powinien go zastąpić sprowadzony zimą Bułgar Anton Karaczanakow, który już w meczu z Górnikiem wszedł na boisko. Ale będzie się musiał przyzwyczaić do tego, że ma pracować tak jak Rakels. Trzeba mu dać na to trochę czasu, którego, niestety, za dużo nie ma. Siłą Cracovii jest jednak przede wszystkim linia pomocy, a nie ataku. I to się nie zmieni.

Mimo że Cracovia zdobyła najwięcej bramek w lidze, 47 w 22 meczach?

Gra w piłkę polega na współpracy, a bramka to zakończenie akcji. Może ją strzelić napastnik, ale i pomocnik czy obrońca. Napastnik Jendrisek zdobył jesienią osiem goli, a pomocnik Mateusz Cetnarski siedem. W sumie – tyle co Rakels.

Cetnarski ma 28 lat, dobrze się zapowiadał, grał nawet w reprezentacji, ale stanął i wydawało się, że powiększy grono zmarnowanych talentów. Co pan zrobił, że teraz gra dużo lepiej?

Nie strzeliłem palcami, samo się nie zrobiło. Cetnarski poczuł, że może być centralną postacią w drużynie z ambicjami. Poza tym atmosferę budują zwycięstwa, więc od miesięcy jest dobra. Wiemy jednak, że czekają nas trudne chwile. Na początku marca gramy po kolei z Ruchem, Lechem, Legią i Pogonią. To będzie test, ile naprawdę jesteśmy warci.

Kilka lat temu kibice Polonii mówili, że nieważne, jakie wyniki ma trener Jose Mari Bakero. Zostanie zapamiętany jako ten, który pokonał Legię 3:0. Pańska Cracovia wygrała w listopadzie z Wisłą na jej stadionie. Pan już przeszedł do historii Pasów...

Wiem, czym dla klubu i kibiców jest takie zwycięstwo. Oznacza dumę z tego, „kto rządzi w Krakowie". Mnie to też cieszy, ale nie podchodzę do tego emocjonalnie. Tym bardziej że nie pochodzę z Krakowa. W ogóle jako trener staram się być powściągliwy. Pracowałem w wielu klubach, z różnymi właścicielami i prezesami. Wiem, że trzeba zachować umiar, by nie stracić wiarygodności.

Gdzie było najlepiej? Który prezes ustalał panu skład?

Żaden, chociaż słyszałem, że w Groclinie robił to Zbigniew Drzymała, a w Polonii Janusz Wojciechowski. Bzdury. Drzymała interesował się, kto gra na danej pozycji, ale to człowiek o wysokiej kulturze i niczego mi nie nakazywał. Wojciechowski też nie, chociaż on akurat reagował gwałtownie. Zachowuję go jednak w dobrej pamięci. A z profesorem Januszem Filipiakiem rzadko rozmawiamy. On przychodzi na mecz Cracovii i z trybun ocenia pracę moją i piłkarzy. Może wychodzi z założenia, że zatrudnił fachowców i nie musi dawać im rad.

Ma pan w drużynie Bartosza Kapustkę, objawienie ubiegłego roku. W Lechu pracował pan z Robertem Lewandowskim. Czy można tych piłkarzy porównać?

Lewandowski w moich czasach był już ułożonym piłkarzem, królem strzelców, zawodnikiem świadomym tego, co robi, mimo że kiedy odchodził do Borussii, miał niespełna 22 lata. Kapustka przed świętami skończył  19 lat. Czasami, gdy z nim rozmawiam, widzę jeszcze dzieciaka. On też jest wyjątkowo utalentowany, dobrze wychowany i grzeczny. Ma wielką przyszłość, pewnie pojedzie na Euro. Rzadko się zdarza, żeby polski piłkarz w tym wieku był jedną z ważniejszych postaci drużyny z czołówki ekstraklasy.

I w tej czołówce Cracovia pozostanie?

Taki mamy plan. Założyliśmy skromnie, że po rundzie zasadniczej będziemy w grupie mistrzowskiej. Nikt tego głośno nie mówi, ale oczywiście marzą się nam puchary. Jednak niczego przewidzieć się nie da. Rozgrywki w Polsce są specyficzne.

Zmieniłby pan ich zasady?

Zdecydowanie. Ostatecznie niech po sezonie będzie podział na grupy, ale odebranie połowy punktów jest pozbawione sensu. Gra się przez cały rok. O kolejności na mecie nie może decydować ostatni miesiąc. W ten sposób w ubiegłym sezonie tytuł przegrała Legia.

Ale to jej prezes był zwolennikiem nowego systemu...

Tego nie wiem. Uważam, że stać nas na ligę złożoną z 18 drużyn. Grałoby się 34 mecze w sezonie. Byłbym też za tym, żeby trzecia od końca drużyna z ekstraklasy i zajmujący trzecie miejsce zespół z I ligi rozgrywały baraż. Też byłoby ciekawie, sprawiedliwie, bez wydziwiania.

— rozmawiał Stefan Szczepłek