Prezydent Bronisław Komorowski ocenił w środę, że związkowcy z „Solidarności" przekroczyli prawo, blokując w piątek Sejm. Opowiedział się za „ostrymi decyzjami" ze strony władzy wykonawczej w tej sprawie.
Wygląda jednak na to, że osąd prezydenta może być zbyt pośpieszny, chodziło przecież o raczej symboliczne ograniczenie wolności posłów. Gdyby jednak związkowcy złamali prawo, mają argumenty, które mogą przytaczać w razie wszczęcia przeciw nim postępowania.
Zdaniem prof. Stanisława Waltosia, karnisty z Uniwersytetu Jagiellońskiego, nawet najbardziej szczytny cel demonstracji nie upoważnia do naruszania prawa. Można bębnić w bębny i używać piszczałek, ale granicą ma być wolność innych osób, nie tylko zresztą parlamentarzystów.
Teoretycznie więc wchodzi tu w rachubę przestępstwo pozbawienia wolności (art. 189 kodeksu karnego), za co grozi od trzech miesięcy do lat pięciu więzienia. Ale nawet prof. Waltoś skłania się do łagodniejszej kwalifikacji: bezprawnego zmuszenie do określonego zachowania (art. 191 k.k.), za co grozi więzienie do lat trzech.
Zdaniem dr. Ryszarda Piotrowskiego, konstytucjonalisty z Uniwersytetu Warszawskiego, związkowa blokada naruszała autonomię parlamentu, a jej organizatorzy powinni zadbać o to, by nie wymykała się poza ramy prawne. W razie jednak wszczęcia przeciwko nim postępowania prawnego mogą się powoływać na obywatelskie nieposłuszeństwo czy prawo do oporu.
Zdaniem Krzysztofa Izdebskiego, eksperta prawnego Stowarzyszenia Liderów Lokalnych Grup Obywatelskich, sytuacja i ów konflikt nie jest zero-jedynkowy. Z jednej strony mamy prawo związkowców i w ogóle obywateli do demonstracji, wyrażania opinii, i protestów, z drugiej – wolność posłów. W razie sądowego sporu muszą być te wartości i ewentualne naruszenia wyważone: czy ograniczenie wolności posłów – ograniczenie przecież symboliczne, a nie realne – uzasadnia sankcje prawne dla demonstrantów. W razie wątpliwości należy zaś dać prymat wolności.
Masz pytanie, wyślij e-mail do autora m.domagalski@rp.pl