Przed Sądem Okręgowym w Łodzi rozpoczął się proces z powództwa Fundacji Greenpeace Polska przeciwko PGE Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna – właścicielowi elektrowni i kopalni odkrywkowych w Bełchatowie i Turowie. Greenpeace wniósł o wydanie przez sąd PGE zakazu emisji gazów cieplarnianych pochodzących ze spalania węgla najpóźniej do 2030 roku.

Podstawą pozwu jest art. 323 ustawy – Prawo ochrony środowiska, zgodnie z którym każdy, komu przez bezprawne oddziaływanie na środowisko bezpośrednio zagraża lub została wyrządzona szkoda, może żądać od podmiotu za to odpowiedzialnego przywrócenia stanu zgodnego z prawem i podjęcia środków zapobiegawczych, a gdy jest to niemożliwe – zaprzestania przez taki podmiot działalności.

A teraz kilka faktów. PGE pokrywa ponad 35 proc. krajowego zapotrzebowania na energię elektryczną. Elektrownia Bełchatów ma moc ponad 5000 MW, a Turów – 1500 MW. Roczna produkcja energii w Turowie to ponad 13 TWh, a w Bełchatowie – 28 TWh.

Dla porównania: łączna roczna produkcja energii w elektrowniach wiatrowych w Polsce to 2 TWh. Statystycznie jedna elektrownia wiatrowa (czyli po prostu wiatrak) ma moc 2 MW (choć nowe turbiny już powyżej 3 MW, a najnowocześniejsze, ale offshorowe to nawet 14 MW). Statystycznie każda z tych już wybudowanych produkuje dziś 4–4,5 GWh energii elektrycznej rocznie.

W krajach Unii Europejskiej postawienie elektrowni wiatrowej (od pomysłu inwestora do uruchomienia turbiny) zajmuje około 3,5 roku. W Polsce to nawet pięć lat. Sama budowa nie trwa długo. Proces uzyskiwania pozwoleń – znacznie dłużej. Do niedawna przeszkadzały w tym zresztą różne organizacje ekologiczne. Bo wiatraki szkodzą ptakom. Od pewnego czasu szkodzą chyba mniej.

Jest w związku z tym zadanie dla Wysokiego Sądu: ile wiatraków musi wybudować PGE, jaką powierzchnią nieruchomości musi dysponować, jeśli odległość między wiatrakami musi wynosić sześć–siedem średnic wirnika, a ta średnica to około 65 m? I o ile musi podwyższyć dziś ceny energii elektrycznej, żeby mieć za co to zrobić w ciągu ośmiu lat?

Odnawialne źródła energii to bardzo liberalne rozwiązanie. Możemy zrobić instalację fotowoltaiczną na dachu, możemy wybudować sobie mały wiatrak, możemy zrzucić się z sąsiadami na wiatrak duży – o ile oczywiście nie przeszkadza państwo i… ekolodzy. A elektrowni węglowej sobie nie wybudujemy. Wbrew temu, co twierdzą ekolodzy, to właśnie liberalizm stoi po stronie „szarego obywatela”, który za wszystko musi zapłacić.

Autor jest adwokatem, profesorem Uczelni Łazarskiego i szefem Rady WEI