Ów Kowalski, czy to konsument czy przedsiębiorca, oczekuje, że jeśli zostanie mu wyrządzona szkoda, to będzie wyrównana, i to w miarę szybko.

Niestety mimo licznych reform w ostatnim ćwierćwieczu nie widać generalnej poprawy w funkcjonowaniu sądów, i z pewnością jedną z przyczyn było oderwanie reformatorów od sądowej prozy życia. Potwierdza to najnowsza reforma, „informatyczna". Weszła w życie 8 września, dotyczy sądów cywilnych, a te rozpatrują 3/4 z 16 mln spraw, które rocznie trafiają do sadów.

Okazuje się, że dopiero teraz, po latach zgłaszania takich rozwiązań, podsądni będą mogli, za zgodą sądu, nagrywać na prywatnym dyktafonie przebieg rozprawy. Może się wręcz okazać, że kosztowny program nagrywania rozpraw był w dużym stopniu zbędny. Sądy będą mogły też wzywać strony, świadków lub inne osoby w dowolny sposób, niezbędny do przyspieszenia rozpoznania sprawy – np. mailem, telefonicznie czy nawet przez gońca, byle tylko wezwanie „niewątpliwie" doszło do adresata.

Taki sposób komunikacji był od dawna dopuszczony w sprawach pracowniczo-ubezpieczeniowych i aż dziw, że tyle lat było trzeba, by go rozszerzyć.

Te przypadki usprawnień dowodzą, jak trudno proste pomysły przebijają się do reformatorów sądownictwa.

Należy szukać kolejnych pomysłów, i pytać o nie także sędziów. Niestety Nadzwyczajny Kongres Sędziów pokazał dominację sędziów „pałacowych" (to ich określenie), tj. sędziowskich dygnitarzy, zajętych, przynajmniej na kongresie, polityką. Głosy szeregowych, zawalonych setkami spraw sędziów zostawiono na koniec krótkiego kongresu. Trzeba im poświęcić więcej czasu.

Zaryzykuję twierdzenie, że większość z 12 tys. sędziów żyje tymi codziennymi sprawami, a bez nich poważna reforma sądów się nie uda, gdyż ktoś musi ją wdrażać.

Czas zrzucania winy na innych skończył się, minister sprawiedliwości skupił niemal pełnię władzy w resorcie, i mamy prawo oczekiwać od niego efektów.

Nie wystarczą już połajanki na sędziów, w rodzaju tych, że nie lubią PiS.