Gdy obecnie przez media przetacza się spór na temat ostatniego zachowania jednego z pisarzy, który użył słowa „debil" w odniesieniu do prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, a prokuratura kieruje kolejne akty oskarżenia, zastanówmy się chwilę nie nad konkretnymi przypadkami, lecz nad ogólnym zjawiskiem naszego życia publicznego, które określiłbym deprecjacją słowa.

Słowa wypowiadane przez nas coraz mniej znaczą, nie tylko na skutek tego, że w przestrzeni internetu może wypowiedzieć się niemal każdy, ale przede wszystkim dlatego, iż rzadko kiedy odpowiednie daje się rzeczy słowo. Jakby język polski był leksykalnie tak ubogi, że potrafimy w nim wyrażać tylko opinie skrajne, pełne emocji, a nadto „odporne" na merytoryczne uzasadnienie.

Czytaj także: Nie tylko Jakub Żulczyk ma problemy przez krytykę prezydenta

Ktoś powie, że przecież spór należy do istoty demokracji, jest rezultatem wolności wypowiedzi, toteż im mniej ograniczeń, tym po prostu lepiej. Zastanówmy się jednak, czy naprawdę wolność oznacza możliwość powiedzenia dosłownie wszystkiego, o czym pomyślimy, nie zważając na żadne konsekwencje. I co możemy zrobić, by tak prowadzić nasze dyskusje, żeby nie stracić z pola widzenia drugiego człowieka, jego godności, podmiotowości, po prostu człowieczeństwa.

Znają się niemal na wszystkim

Jaka jest codzienność naszej polskiej mowy w życiu społecznym?

W rozmaitych mediach społecznościowych nie należą do rzadkości argumenty ad personam, używanie wulgaryzmów, opieranie się na pomówieniach czy po prostu wypowiedzi ignoranckie. Anonimowe wpisy powtarzają anonimowe oceny, nie patrząc na krzywdę wyrządzaną tym, kogo ich dotyczą lub mogą dotyczyć. Wielu zna się niemal na wszystkim, powtarzając (świadomie bądź nie) nie tylko tezy niesprawdzone, ale też absurdalne z punktu widzenia określonej dziedziny. I chociaż wiemy, że internet nie jest anonimowy, to jednak pozory anonimowości wyzwalają zachowania, do których być może nigdy nie doszłoby w spotkaniu z drugim człowiekiem.

Czy jednak możemy wszystką winę zrzucić na mechanizmy social mediów, poprzez choćby funkcjonowanie tzw. baniek informacyjnych?

Co gorsze, w dyskursie publicznym próbuje się usprawiedliwić różne niezasługujące na usprawiedliwienie nadużycia wolności słowa. A to, że głowa państwa winna się liczyć z krytyką. A to, że wobec osób publicznych można i trzeba wypowiadać się ostro i krytycznie. A to, że przestrzeń internetu jest obszarem prawdziwej wolności.

Innym aspektem tego rodzaju spraw pozostaje przykra konstatacja, że autorzy kontrowersyjnych, a często po prostu krzywdzących (czy to ze względu na formę czy na treść) wypowiedzi są beneficjentami medialnego szumu wokół ich zachowania i zamiast ponosić raczej ciężar społecznej krytyki, stają się bohaterami dla jednej czy drugiej strony prowadzonego sporu.

Tylko tyle i aż tyle

W kontekście ostatnich wypowiedzi formułowanych wobec głowy państwa chcę wyraźnie podkreślić: nikogo i nigdy nie należy nazywać debilem. A jeżeli takie słowa już padną, to trzeba szczerze przeprosić. Tylko tyle i aż tyle. Z szacunku nie tylko do drugiego człowieka, ale przede wszystkim z szacunku do siebie. Szanuj siebie, szanuj innych, będziesz szanowany – mawiał mój zmarły kilka lat temu przyjaciel ks. kanonik Witold Strykowski.

Oczywiście prawnicy toczą spór o grancie wolności wypowiedzi z perspektywy norm prawa karnego, o to, czy wypowiadane słowa, a jeśli tak, to jakie, winny być w ogóle podstawą karnoprawnego wartościowania. Ale nie o prawo w pierwszej kolejności tu idzie, lecz o wartości.

Szacunek między nami musimy zbudować naszymi wolnymi postawami, nie groźbą sankcji karnych. Wysoka kultura i poczucie moralne odpowiedzialności za słowo nie wytworzy się pod wpływem groźby represji karnej. Konieczne jest zupełnie inne podejście, tylko że w naszym kraju nikt go nie proponuje, nikt nie rozmawia na poważnie, co można zrobić, by ograniczyć przywoływane przeze mnie niepokojące zjawiska.

A może warto pokusić się o ogólnopolską kampanię dobrego słowa? Może warto przypomnieć o trzech ważnych słowach: proszę, dziękuję, przepraszam. Chyba trzeba zacząć od podstaw, od wychowania i edukacji, wszelkimi możliwymi drogami. Może też warto po prostu mówić mniej niż więcej? Bo przecież czasem milczenie jest krzykiem większym niż potoki słów.

Prawda, a nie atrakcyjność

Nasze słowa są miarą naszego człowieczeństwa i świadczą najlepiej o nas samych. Dlatego pytanie o to, co się stało z naszą mową, można by śmiało zastąpić pytaniem: co się stało z naszym człowieczeństwem? Kiedy zgubiliśmy drugiego i zaczęliśmy odmawiać mu szacunku, prawa do votum separatum, prawa do głosu? Kiedy zapomnieliśmy, że z prawem do wolności wypowiedzi powinno iść w parze zobowiązanie do troski o taki ich kształt, który nie niweczy praw innych ludzi?

Przywołajmy w tym miejscu treść czwartego punktu (odpowiedzialność za słowo) gdańskiej Karty Powinności Człowieka, podpisanej w jubileuszowym roku 2000-lecia chrześcijaństwa: „Wolność słowa, swobodny dostęp do mediów i prawo do publikacji poglądów zobowiązują do prawdomówności. Kryterium doboru informacji w międzyludzkim komunikowaniu się powinna być prawda, a nie ich atrakcyjność medialna, ideologiczna, polityczna lub komercyjna. Sfera prywatności związana z godnością osoby i tajemnice zawodowe powinny być respektowane w życiu publicznym. Granicą wolności słowa, wytyczoną przez sumienie, jest dobre imię innych".

Naiwne? Naprawdę niemożliwe? A przecież jeśli tych powinności, związanych z wolnością słowa, nie będziemy przestrzegać, to wolność wypowiedzi z prawa stanie się po prostu bezprawiem, a w każdym razie zniweczy cele, dla których została zagwarantowana.

Oczywiście jawna i szeroka krytyka, zwłaszcza osób publicznych, jest podstawą każdej rozwiniętej demokracji. Ale krytyka to nie znieważanie czy zniesławianie. Słowo, które niweczy ludzką godność, po prostu przekracza wszelkie nieprzekraczalne granice, i naprawdę nieważne, kogo dotyczy.

W tym tygodniu w poniedziałkowej liturgii odczytywany był długi fragment z Księgi Daniela, przywołujący postać zawistnie pomówionej przez dwóch starców (będących sędziami) o cudzołóstwo Zuzanny. Fałsz ich oskarżeń ujawnił prorok Daniel, a uczciwa córka Joakima uniknęła śmierci.

Kto dzisiaj mógłby ujawnić fałszywość oskarżeń formułowanych anonimowo w sieci? Kto wytłumaczyłby wszystkie uproszczenia i wprowadzenie w błąd? Potrzebujemy prawdziwej debaty nad mechanizmami zagwarantowania wolności słowa w sieci, ale także jako społeczeństwo potrzebujemy odrobić lekcję z podstawowych zasad kultury wypowiedzi i piękna polskiej mowy, w której nawet najostrzejsze krytyczne oceny można wyrazić szlachetnie, pięknie i z szacunkiem wobec drugiego człowieka.

Autor jest adwokatem, doktorem nauk prawnych, wykładowcą Uniwersytetu Gdańskiego