Po wizycie prezydenta Joe Bidena w Europie można już ocenić, jak nietrafioną i emocjonalną analizą było porównywanie spotkania Biden–Putin do Jałty. Spotkanie w Genewie nie stanowiło przełomu w relacjach USA i Rosji, ani już na pewno resetu. Nie sprzedano interesów sojuszniczych i nie doszło do porozumienia ponad naszymi głowami.

Dla Stanów Zjednoczonych Rosja pozostaje problemem, który należy minimalizować, ale którego nie można ignorować ze względu na potencjał nuklearny oraz rosyjską agresję np. w cyberprzestrzeni. Najważniejszym punktem rozmów była zgoda w sprawie powrotu do rozmów o kontroli zbrojeń oraz zgoda na powrót ambasadorów do Moskwy i Waszyngtonu. Biden przedstawił też Putinowi listę obszarów, gdzie atak cybernetyczny ze strony Rosji spotka się z kontratakiem – „jak prezydent Putin czułby się, jeżeli ktoś zaatakowałby cybernetycznie rosyjskie rurociągi na Syberii?" – pytał Biden.

Negatywnym aspektem spotkania było to, że Putin dostał propagandową okazję, aby wystąpić jak równy z równym z amerykańskim przywódcą – to wzmocni go w polityce wewnętrznej i może zachęcić innych przywódców Zachodu do spotkań. Putin nie dostał za to okazji, aby wejść w bezpośrednią interakcję z Bidenem na oczach prasy – warto porównać to z katastrofalną konferencją prasową Donalda Trumpa po spotkaniu w Helsinkach, podczas której prezydent USA sugerował, że bardziej ufa Putinowi niż swoim służbom wywiadowczym. Administracja Bidena uznała, że jedynym sposobem utrzymania Putina w ryzach jest zaoferowanie jemu i Rosji dozy szacunku – pomimo jasnych sygnałów o braku zaufania. Czy ta strategia okaże się skuteczna, dowiemy się za kilka miesięcy. Podejście Bidena do Rosji to nie „trust but verify" („zaufaj, ale weryfikuj"), lecz bardziej pragmatyczne: „zweryfikuj, a dopiero wtedy możesz zaufać".

To spotkanie odbyło się w kontekście wcześniejszych spotkań USA z sojusznikami podczas szczytów G7, NATO oraz UE–USA. Jak więc wygląda doktryna Bidena? – czy jest ona żywcem wzięta z doktoratu Władimira Putina, jak pisał niedawno na łamach „Rz" Jan Parys? Myślenie w Waszyngtonie jest dość proste i wiele razy już było komunikowane. Podstawowym celem USA jest odbudowa sojuszy – zarówno w Europie, jak i w Azji – wśród państw demokratycznych, tak aby efektywnie konkurować z krajami autorytarnymi, przede wszystkim z Chinami.

Dla Polski kluczowym momentem był szczyt NATO, podczas którego Biden potwierdził zobowiązanie wynikające z art. 5 paktu północnoatlantyckiego o wspólnej obronie sojuszniczej – zobowiązanie, które podważał jego poprzednik. Sojusz również zobowiązał się dalej implementować decyzje o wzmocnieniu wschodniej flanki oraz, co ważne, została podjęta decyzja o stworzeniu nowej koncepcji strategicznej sojuszu, która będzie kodyfikowała transformacje NATO od 2014 r. Nie ma wątpliwości, że szczyt w Brukseli znacząco wzmocnił sojusz północnoatlantycki i otworzył nowy rozdział po czterech latach prezydentury Trumpa, co jest dobre również dla Polski.

Błędem administracji Bidena był brak konsultacji sojuszniczych przed decyzją o wycofaniu się z sankcji wobec Nord Stream 2, jak również przed spotkaniem Biden–Putin, co wywołało negatywne emocje w Warszawie i innych stolicach europejskich. Decyzja amerykańska została podjęta przede wszystkim w kontekście relacji z Niemcami, ale nie doceniono jej wpływu na relacje z innymi sojusznikami. Nie jest też jasne, czy Amerykanie uzyskali ze strony Niemiec jakieś ustępstwa w sprawie Nord Stream 2, odchodząc od sankcji.

Niestety, Polska dowiedziała się o tej decyzji z mediów – pomimo wcześniejszych zapewnień, że takie negocjacje nie zostaną podjęte ponad głowami Polski i regionu. W ostatniej chwili Amerykanie próbowali naprawić ten błąd – Derek Chollet, prawa ręka Blinkena, rozmawiał kilkakrotnie z wysokiej rangi urzędnikami w polskim MSZ, a koniec końców prezydent Biden spotkał się z prezydentem Andrzejem Dudą na marginesie szczytu NATO. Jednak niesmak i poczucie kryzysu w relacjach pozostały.

Warszawy nie stać na to, aby obrazić się na USA i Bidena. Po kilku miesiącach ciszy w relacjach polsko-amerykańskich po zwycięstwie wyborczym Bidena nastąpił kryzys, za który odpowiadają obydwie strony. Polska i USA powinny wrócić do dialogu nie tylko w sprawach, które są ważne dla Warszawy (m.in. współpraca wojskowa i energetyczna), ale również tych, które będę dla polskiego rządu niewygodne: potrzebna jest szczera rozmowa o standardach polskiej demokracji. Tych dwóch aspektów nie da się oddzielić, szczególnie że obrona demokracji leży w centrum polityki zagranicznej Bidena.

Niedawna rozmowa telefoniczna między sekretarzem Blinkenem i ministrem Zbigniewem Rauem jest początkiem powrotu do bardziej otwartych kanałów między Waszyngtonem i Warszawą, co może zaowocować jesiennym spotkaniem polsko-amerykańskiego dialogu strategicznego, zawierającego tradycyjne oraz nowe elementy agendy takie jak współpraca w sprawach klimatycznych. Równolegle Amerykanie powinni rozpocząć dialog ze społeczeństwem obywatelskim w Polsce, który może zaowocować wsparciem finansowym z ich strony. Tak sformatowane relacje polsko-amerykańskie będą wpisywać się zarówno w interes narodowy Polski, jak i w doktrynę Bidena opartą na współpracy sojuszniczej między demokracjami.