Z rozbawieniem przyglądałem się niedawnej fali chłopomanii. Odkrywano w miejskich blokowiskach własne korzenie. Dowartościowywano własnych przodków, często ponad miarę, taktycznie pomijając brudy okupacji i Polski Ludowej. Tymczasem, a mówię to jako przedstawiciel ludu, przetrwaliśmy głównie dzięki kodom wysokiej kultury szlacheckiej. Ona wytworzyła najmocniejsze przeciwciała wobec zaborczych, hitlerowskich oraz stalinowskich brewerii Dziejów. Jednak każdy kij kulturowy ma dwa końce. Zasoby naszej kultury pozwoliły nam przetrwać, następnie wyprowadziły nas ku niepodległości kraju. Po okresie biedy PRL i wyrzeczeń początków III RP, skądinąd z zachętami papieża Jana Pawła II, weszliśmy do NATO oraz Unii. Powoli, stopniowo zaczęło się poprawiać materialnie.

Reklama
Reklama

Gdy Polska się bogaci, w Polakach wraca sarmatyzm

I tu właśnie pojawia się owa druga strona naszego narodowego kija. W skandynawskim wydaniu kultura chłopska ostro żąda od obywateli równości ekonomicznej za wolność jednostki. Pewnej powściągliwości w relacjach międzyludzkich. Trzeźwa kalkulacja własnych sił wobec wrogów zewnętrznych skłania do „fińskich” kompromisów z rzeczywistością.

Nic podobnego u nas. Na horyzoncie zamajaczyło członkostwo w G20. W naszym wydaniu, gdy tylko byt materialny poprawia się, kultura szlachecka powraca jak bumerang. Kulturowy kij, którym odstraszano wrogów, teraz służy do okładania siebie wzajemnie. Skakania sobie do gardeł. Szarpania kontusza, sukmany czy marynarki.

Czytaj więcej

Jarosław Kuisz: Politykę w III RP tworzą ludzie zaprogramowani w Polsce zniewolonej

Nasi chłopi w wymiarze kultury politycznej są całkowicie „zeszlachecceni”. Bez jakiegokolwiek dystansu do siebie. Równość, owszem, ale pojmowana jako ściąganie w dół. Gdy mamy się nieco lepiej, wspólny wysiłek zbiorowy w górę jawi się jako nieuzasadniony. Bardzo to wąskie horyzonty kalkulacji politycznych. I brak tzw. zdrowego chłopskiego rozumu.

Dokoła nas zagrożenie wojenne nie maleje. Rosja zbroi się jak wściekła i zamyka ostatnią w miarę niezależną gazetę. USA wcale nie chcą bronić sojuszników, chociaż część naszych polityków uparcie chce wierzyć, że jest inaczej. Tymczasem my, zamiast budować schrony oraz drony, z ułańską fantazją rozwalamy własne instytucje. Po „czasach saskich” III RP kusi nas rekonstrukcja historyczna konfederacji barskiej. Zaczęliśmy około roku 2015. Serial o łamaniu praworządności, którego sezony nieco siadły, właśnie ożywiono.

Radość psucia i zrywanie sądów. Jak od wieków niszczymy własne państwo

Co ciekawe, to brak instynktu samozachowawczego. Jednak wcale mnie to nie dziwi na tle historii naszej kochanej Ojczyzny. Jeszcze za Augusta III, w 1749 r., tak się rozbrykano, że w szale konfliktu politycznego ówczesny odpowiednik sądu najwyższego w Piotrkowie „zerwano”. Osłupienie, że to w ogóle prawnie możliwe, osładzała przyjemność psucia. No i grania na nosie przeciwnikom. Dzieje całej II RP w ogóle można opowiedzieć przez pryzmat niszczenia praworządności oraz degenerowania ustroju. Maj 1926, proces brzeski, Bereza… Wyliczanka wcale długa. Popuszczaniu pasa praworządności znów towarzyszył samozachwyt oraz radość psucia.

Foto: Tomasz Sitarski

Oczywiście buzie łamaczy prawa były pełne wzniosłych słów o „obronie narodu” i „wyższej konieczności”. Wszystko to w 1939 r. okazało się mową-trawą. Obecnie, przy okazji bodaj 10. rocznicy dewastowania Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego oraz innych instytucji państwa, radośnie testujemy narodowe granice instynktu samozniszczenia.

Państwo z kartonu i chytry uśmiech polityków. Kto pierwszy się opanuje?

Oczywiście, gdybyśmy hołdowali kulturze ludowego rozumu, zasadnicze pytanie w 2026 nie powinno już brzmieć: „kto i kiedy bardziej zawinił”, ale „kto pierwszy się na chwilę opanuje”, choćby z uwagi na obecną sytuację geopolityczną. Swego czasu duet naukowców, Daron Acemoglu i James A. Robinson, napisał głośną książkę „Dlaczego narody przegrywają”, o tym, jak w różnych częściach świata odnoszono sukces, po czym „nie dorastało się” do niego kulturowo. Nie budowano na serio instytucji ponadpokoleniowych. Marnowano szansę danego narodu. Nie jest przesadą powiedzieć, że obecnie „na żywo” oglądamy zaktualizowaną, polską odpowiedź na tytułowe pytanie dzieła noblistów.

Przy tym na wielu twarzach aktorów obecnych wydarzeń w Warszawie błądzi chytry uśmiech. Owszem, podstawiają nogę rodakowi. Tak, wywracają „państwo z kartonu”. Czynią to jednak z przekonaniem, że „hołdują narodowej tradycji”. W zasadzie trudno odmówić im racji.