Swoje największe triumfy seria „Onimusha” święciła na początku wieku. Uchodziła wówczas za jeden z najlepszych slasherów – gier, w których bohater przebija się przez hordy przeciwników, siekając ich ostrym mieczem na plasterki. W tym roku „Onimusha” wróciła. Przed twórcami „Way of the Sword” stało jednak niełatwe zadanie. Z jednej strony musieli oczarować tych graczy, którzy przed laty darzyli serię szczerą miłością. Z drugiej strony planowali przekonać do zabawy nowe pokolenie miłośników gier. Czy udało im się dopiąć swego? Wydaje się, że tak.
Bohaterem gry jest słynny japoński samuraj Musashi Miyamoto – tu do złudzenia przypominający legendarnego aktora Toshiro Mifune. Bohater ląduje w Kioto w czasie epoki Edo i oczyszcza kolejne dzielnice miasta z podejrzanych typów, w tym demonów. Gracz może swobodnie eksplorować okolicę, podążając za głównym wątkiem fabularnym bądź wykonując zadania poboczne i rozwijając w ten sposób postać. Najczęściej jednak walczy przy użyciu miecza, wyprowadzając lekkie i mocne ataki, parując ciosy przeciwników, wykonując przechwyty i uniki. Starcia są widowiskowe, dynamiczne i emocjonujące.
Czytaj więcej
Powrócił klasyk z lat 90. Czy oczaruje nowych graczy?
To właśnie one zadecydują o sukcesie „Onimusha: Way of the Sword”. Pospolici przeciwnicy są łatwi do pokonania i nie stanowią większego wyzwania, ale siekanie ich sprawia przyjemność. Bossowie z kolei potrafią stawić opór i pokonanie każdego z nich daje olbrzymią frajdę. A to właśnie dla tej frajdy gra się w slashery!