W autobiografii Grażyny Kulczyk „Budując”, przygotowanej we współpracy z Pawłem Goźlińskim, najważniejszy nie wydaje się biznes ani zarobione miliardy, lecz sztuka. W kraju, gdzie artystami niektórzy gardzą i nazywają ich darmozjadami – może to niektórych zaskakiwać, a nie zmienią chyba tego nawet historia najwybitniejszych mecenasów kultury ani tworzone przez najbogatszych ludzi świata kolekcje. A może wpływ będzie miało „Budując”? A choćby na zasadzie dobrze pojętego snobizmu?
Warszawa: działka, której nikt nie chciał oddać
Grażyna Kulczyk wielokrotnie mówiła, że nie wiedziała dokładnie, ile jest warty jej zbiór sztuki, również dlatego, że rynek jest płynny, a wycena dzieł zależy od wielu globalnych czynników. W przestrzeni publicznej pojawiały się jednak pod koniec poprzedniej dekady szacunki opiewające na około 100 mln euro. Była też wymieniana na liście Top 200 Collectors – najważniejszym zestawieniu kolekcjonerów na świecie – jako jedyna osoba z Europy Środkowo-Wschodniej, w gronie takich osobistości jak Jeff Bezos, twórca Amazona, czy Miuccia Prada. Tymczasem Polska, gdzie tyle mówi się o reparacjach za wojenne straty oraz poszukiwaniu zrabowanych dzieł sztuki, o kolekcję Grażyny Kulczyk dbać nie chciała.
Z ofertą udostępnienia kolekcji w Warszawie miliarderka zgłosiła się do prezydentki Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz. Nie chciała nic za darmo. Zadeklarowała kupno działki nad Wisłą oraz budowę Muzeum Sztuki Współczesnej i Performansu. W planach był obiekt o kubaturze 10 tys. metrów kwadratowych, mogący być wizytówką Warszawy i Polski w czasach, gdy budowa Muzeum Sztuki Nowoczesnej, choć była w planach, jeszcze nie ruszyła.
Dziś wiemy, jakie ożywienie wywołało otwarcie MSN, ale prezydentka stolicy intuicji nie miała. Ani kobiecej, ani żadnej. Grażyna Kulczyk deklarowała zaś zbudowanie muzeum w błyskawicznym tempie dwóch lat, co dla bizneswoman, która uczyniła z zapyziałego poznańskiego browaru w zaniedbanej części miasta supernowoczesne centrum, nie było frazesem rzuconym na wiatr.
Muzeum Grażyny Kulczyk w Sush
Celem Grażyny Kulczyk było otwarcie muzeum na stulecie odzyskania niepodległości w 2018 r. Dla Wielkopolanki, której ojciec był żołnierzem Dywizjonu 305 w Wielkiej Brytanii (najpierw naziemnym, a potem rannym, z poparzeniami, po akcjach w powietrzu), nie było to bez znaczenia.
Po zakupie przez miliarderkę działki, pokryciu kosztów budowy i wyposażeniu muzeum w dzieła sztuki Warszawa miała zapewnić tylko utrzymanie gmachu, a w zamian mieć także opcję przejęcia muzeum w umówionym terminie.
Teraz rzecz najbardziej szokująca: od 2015 r. do połowy 2017 r. prezydentka Gronkiewicz-Waltz nie znalazła chwili, żeby z miliarderką porozmawiać o koncepcji muzeum. Doszło co prawda do kilku spotkań, ale przypadkowych, w publicznych miejscach, przy publicznych okazjach, które nie stanowiły stosownej sytuacji do poważnej rozmowy.
Kolekcjonerkę odsyłano do urzędników niższego szczebla. Ci zaś zamiast dążyć do otwarcia muzeum na rocznicę stulecia niepodległości, powtarzali, że wskazana przez Kulczyk działka to „dobro narodowe”. Minęło 11 lat i w miejscu wskazanym przez inwestorkę wciąż nie ma niczego.
Susch: muzeum w klasztorze
Miasto miało też sabotować autorski projekt miliarderki, wskazując na rzekomą konieczność rozpisania konkursu na projekt architektoniczny. Pamiętamy, jak przebiegał konkurs na projekt MSN. Pierwszy, z 2005 r., unieważniono. Współpracę ze zwycięzcą drugiego, Christianem Kerezem, zerwano po pięciu latach korowodów.
„Wizja władz Warszawy była zdumiewająca: muzeum, które wybuduję za swoje pieniądze, miałoby być uzależnione od sytuacji politycznej w ratuszu” – pisze Grażyna Kulczyk. Mnie postawa Hanny Gronkiewicz-Waltz nie zaskakuje. Miałem okazję być w jej gabinecie w szerszym gronie, gdy padła propozycja pewnego projektu kulturalnego. Hanna Gronkiewicz-Waltz zamiast poznać jego szczegóły, zaczęła opowiadać o lekturze biografii... żon jednego z czołowych nazistów. Patrzyłem wtedy w stronę pomnika Stefana Starzyńskiego, u którego pracował mój dziadek, i nie mogłem uwierzyć.
Wizja władz Warszawy była zdumiewająca: muzeum, które wybuduję za swoje pieniądze, miałoby być uzależnione od sytuacji politycznej w ratuszu
Puenta Grażyny Kulczyk jest bardzo bolesna nie tylko dla warszawiaków: wszystkie dzieła czołowych polskich i zagranicznych artystów, które mogliśmy oglądać w Muzeum Sztuki Współczesnej i Performansu, można zobaczyć w szwajcarskim Susch, pomiędzy St. Moritz i Davos w Engadynie. Miliarderka zakupiła dawny gmach klasztoru w Susch, znajdujący się na pielgrzymim szlaku do Santiago de Compostela, oraz sąsiednie budynki, całkowicie je przebudowując i wyposażając w dzieła, jakie powstały bezpośrednio z myślą o labiryncie dawnego klasztoru. Historia tej budowy to motyw przewodni „Budując”.
Ale nie tylko władze Warszawy wykazały się totalną ignorancją. Wcześniej, już po wielkim sukcesie przebudowy i rewitalizacji Starego Browaru, Grażyna Kulczyk zaproponowała włodarzom Poznania, że tuż obok powstanie muzeum mieszczące jej kolekcję, usytuowane do 14 metrów pod powierzchnią sąsiedniego parku. Przez całą głębokość miał opadać wodospad.
Poznań i projekt Tadao Andō
Grażyna Kulczyk zdecydowała, by projekt podziemnej przestrzeni zaprojektował japoński architekt Tadao Andō, laureat Nagrody Pritzkera z 1995 r., zwanej architektonicznym Noblem.
Japończyk pełnił m.in. rolę głównego planisty winnicy i parku sztuki Château La Coste w pobliżu Aix-en-Provence we Francji, którego właścicielem jest Patrick McKillen, o majątku szacowanym na 800 mln funtów. Kulczyk udało się dotrzeć do Japończyka i zaprosić go do współpracy, co, jak można się domyślać, łatwe nie było. A gdy pojawił się na wizycie studyjnej w Poznaniu, pracował nad Armani/Teatro w Mediolanie, zaś dla właściciela marek Gucci i Balenciaga, czyli François Pinaulta, tworzył galerię sztuki Punta della Dogana przy Canale Grande w porozumieniu z władzami Wenecji.
O podobnym partnerstwie myślała w Poznaniu Grażyna Kulczyk. Zaproponowała miastu, że pokryje koszty całego projektu, zaś podziemną siedzibę wyposaży w dzieła z własnej kolekcji. Miasto miało zapewnić tylko utrzymanie (prąd, wodę, ochronę, sprzątanie). Potem miliarderka zadeklarowała chęć pokrycia nawet tych kosztów. Miasto powiedziało jednak „nie”. (Wcześniej, przed budową Starego Browaru, kierownik miejskiego wydziału urbanistyki szachował inwestorkę brakiem podpisu, zaś konserwatorka zabytków liczyła cegły popadającego w ruinę obiektu).
Grażyna Kulczyk, „Budując. Autobiografia", współpraca Paweł Goźliński, Znak, 2026
Grażyna Kulczyk, „Budując. Autiobiografia", współpraca Paweł Goźliński, Znak, 2026
„Wizja władz Warszawy była zdumiewająca“. Kulczyk o odmowie ratusza
Choć budowa muzeum w Susch i prezentacja kolekcjonerskiego credo „slow art” zajmują wiele stron autobiografii, nie mogło oczywiście zabraknąć wątków związanych z mężem Janem Kulczykiem, który dla autorki książki pozostawał Januszem z młodzieńczej miłości.
Pełna sprzeczności historia zaczęła się od fascynacji przystojnym prawnikiem, gdy autorka „Budując” studiowała prawo, ale stykała się już ze środowiskiem artystycznym – jej narzeczonym był Wojtek Makowiecki, ówczesny kurator w BWA, a w tle przewijali się Stanisław Barańczak i Ryszard Krynicki.
Czytaj więcej
Nigdy nie idę na łatwiznę. Nie lubiłabym siebie, gdybym wybierała proste rozwiązania – mówi Grażyna Kulczyk, fundatorka muzeum Susch w Szwajcarii,...
Historię małżeństwa kończą wyprawione przez Kulczyka w Warszawie, w Polskiej Radzie Biznesu, urodziny Joanny Przetakiewicz, po których rozwód był oczywistością.
Już wcześniej drogi małżonków zaczęły się rozchodzić. Grażyna Kulczyk miała dość konserwatywnie pojętej roli kobiety, tym bardziej że to jej podpis widniał na dokumencie otwierającym współpracę z Volkswagenem (ojciec Jana Kulczyka, Henryk, znał Franza Raua, kuzyna Johannesa, przyszłego prezydenta Niemiec). Dążyła do samodzielności i osiągnęła ją. Już na nowych warunkach jej życiowym partnerem został architekt Maciej Chorążak. Wiele jest o dzieciach – Sebastianie i Dominice, którzy zafundowali mamie sesję zdjęciową u Annie Leibovitz. To jej portret zdobi okładkę książki.
Jednego pytania po lekturze autobiografii nie można pominąć: czy Ministerstwo Kultury i władze naszych metropolii dalej pozostaną obojętne na los jednej z najważniejszych polskich kolekcji sztuki? Szwajcaria zaciera ręce.