Donald Tusk uznał kandydaturę Viktora Orbána za „zabawną”, a Radosław Sikorski wykluczył jej poparcie przez Polskę. Tymczasem według doniesień prasowych Waszyngton zachęca Orbána do startu, widząc w nim kandydata kompromisowego dla USA, Rosji i Chin. Choć realizacja tego planu nie jest przesądzona, już sam pomysł pokazuje, jak mocarstwa postrzegają dziś stosunki międzynarodowe i rolę ONZ. Amerykańscy konserwatyści widzą w Orbánie silnego lidera, jakiego organizacja potrzebuje w obecnych czasach, a łączą ich z nim poglądy na migrację i struktury unijne. Nie powinno więc być do śmiechu.

W 2017 r. Donald Tusk został wybrany na drugą kadencję przewodniczącego Rady Europejskiej wbrew stanowisku Polski

Orbán nie ma poparcia władz własnego państwa: premier Péter Magyar rozlicza nadużycia z czasów jego rządów i niechętnie widziałby go na tak prestiżowym stanowisku. Unia pokazała jednak, że sprzeciw państwa pochodzenia nie musi przekreślać kandydata. W 2017 r. Tusk został wybrany na drugą kadencję przewodniczącego Rady Europejskiej wbrew stanowisku Polski, która wystawiła Jacka Saryusz-Wolskiego. Procedura wyboru szefa ONZ jest inna, lecz polityczna logika pozostaje podobna.

Czytaj więcej

Berkowicz uderza w Zełenskiego. Za kulisami toczy się skomplikowana gra

Niektórzy komentatorzy sprowadzają kandydaturę Orbána do jego osobistego interesu: objęcie wysokiej funkcji w ONZ miałoby zapewnić mu immunitet i uchronić przed rozliczeniami na Węgrzech. To tak, jakby wybór Tuska przedstawiać jedynie jako sposób na zabezpieczenie jego politycznej przyszłości. Osobiste motywacje mogą mieć znaczenie, lecz w obu przypadkach istotniejsze są konsekwencje instytucjonalne: możliwość kształtowania działania Unii Europejskiej i ONZ zgodnie z interesami państw popierających obu polityków. Jeżeli logikę zastosowaną przy wyborze Tuska wykorzystają mocarstwa w ONZ, powoływanie się Brukseli na stanowisko rządu Węgier zabrzmi niewiarygodnie.

Przy wyborze Viktora Orbána na sekretarza generalnego ONZ kluczowa będzie postawa Francji i Wielkiej Brytanii

Zgodnie z utartą tradycją funkcja powinna przypaść przedstawicielowi Ameryki Łacińskiej i Karaibów, lecz kandydaci z tego regionu zostali zablokowani w dotychczasowych głosowaniach testowych. Powstały impas może otworzyć drogę kandydaturze spoza regionu. Wiceszef MSZ Rosji Aleksander Alimow stwierdził, że Orbána mogłoby zgłosić inne państwo, np. z Ameryki Łacińskiej. Pod tym względem jego sytuacja przypomina przypadek Tuska, którego zgłosiła Malta.

Rada Bezpieczeństwa ONZ

Rada Bezpieczeństwa ONZ

Foto: Infografika PAP

Samo zgłoszenie Orbána nie wystarczy jednak do przełamania impasu. Kluczowa będzie postawa Francji i Wielkiej Brytanii, które jako stali członkowie Rady Bezpieczeństwa dysponują prawem weta. Czy wystarczy im determinacji, by zablokować Orbána? We Francji liderka sondaży stoi na czele partii zasiadającej wraz z Fideszem we frakcji Patrioci dla Europy. Z kolei dla Wielkiej Brytanii zasadnicze znaczenie mają relacje transatlantyckie. O wyniku przesądzi więc nie ocena samego Orbána, lecz bilans interesów najważniejszych państw Rady Bezpieczeństwa.

Jeśli Orbán trafi na szczyt ONZ, będzie to nie tylko zwycięstwo mocarstw, które go poprą, lecz także potwierdzenie precedensu stworzonego przez Unię Europejską: sprzeciw państwa pochodzenia nie musi przesądzać o losie kandydata do najwyższej funkcji międzynarodowej.

Autor

Jacek Czaputowicz

Profesor na Uniwersytecie Warszawskim, w latach 2018-2020 był ministrem spraw zagranicznych