Czy ograniczenie liczby kadencji wójtów, burmistrzów i prezydentów miast rzeczywiście wzmocni polski samorząd? Redaktor Andrzej Andrysiak w swoim komentarzu w „Rzeczpospolitej” przekonuje, że tak. Warto jednak zapytać, co właściwie miałoby się dzięki temu zmienić. Polska samorządność ma za sobą ponad trzy dekady rozwoju, wymierne osiągnięcia i wysokie oceny społeczne. Nie oznacza to, że nie potrzebuje zmian. Pytanie tylko, czy ustawowa wymiana włodarzy jest reformą, której rzeczywiście potrzebuje.

Samorządy są najlepiej ocenianą reformą

Zanim zaczniemy mówić o kryzysie samorządu, warto posłuchać mieszkańców. W sondażu IBRiS dla „Rzeczpospolitej” z kwietnia 2024 r. ponad połowa Polaków uznała samorządy za największy sukces transformacji ustrojowej. A najnowsze badanie CBOS z września 2026 r. pokazuje, że blisko siedmiu na dziesięciu Polaków dobrze ocenia działalność władz swojej gminy lub miasta. To wynik znacznie lepszy niż notowania Sejmu, Senatu czy prezydenta RP.

Czytaj więcej

Andrzej Andrysiak: Kto politycznie skorzysta na utrzymaniu dwukadencyjności

Mieszkańcy wyrażają swoje zdanie także przy urnie. Według analizy Unii Metropolii Polskich w latach 2010–2024 po każdych wyborach nowego włodarza wybierano średnio w co trzeciej gminie. W 2024 r. zmiana nastąpiła w 39 proc. gmin, a w miastach – w 44 proc.

Dobrym przykładem jest Gdynia. W 2018 r. Wojciech Szczurek, prezydent miasta od 1998 r., wygrał wybory z wynikiem ponad 68 proc. Sześć lat później zdobył 23,5 proc. głosów i nie wszedł do drugiej tury. Wygrała Aleksandra Kosiorek, uzyskując 62,5 proc. Gdynianie nie potrzebowali ustawowego limitu, żeby po 26 latach zmienić prezydenta. Wystarczyła im karta do głosowania.

W sporze o dwukadencyjność łatwo zapomnieć, jak wiele zmieniło się przez ponad trzy dekady samorządności. Drogi, wodociągi, kanalizacja, szkoły, transport publiczny. Za tymi inwestycjami stoją lokalne wspólnoty, samorządowcy i skutecznie wykorzystane fundusze unijne. Tylko w 2025 r. samorządy przeznaczyły na inwestycje i inne wydatki majątkowe blisko 95 mld zł. Wiele z tych przedsięwzięć wymaga planowania i konsekwencji wykraczających daleko poza jedną kadencję.

Foto: rp.pl

Nowy wójt, ten sam system

Redaktor Andrzej Andrysiak pisze, że „po tygodniu rządzenia każdy nowy wójt już rozumie, że jest praktycznie nieusuwalny”. Jeśli tak, problemem nie jest konkretna osoba, lecz pozycja, jaką daje jej prawo. Dwukadencyjność tej pozycji nie zmienia.

Według analizy UMP w 2029 r. w 1519 gminach dotychczasowi włodarze nie będą mogli ponownie kandydować. Zastąpią ich nowe osoby, ale kompetencje urzędu i relacje z radą pozostaną takie same. To wymiana nazwisk, nie reforma ustroju.

Autor komentarza przyznaje, że dwukadencyjność „nie jest rozwiązaniem idealnym”, ale „niczego innego nie mamy w zamian”. Brak innych pomysłów nie powinien zastępować analizy skuteczności rozwiązania i jego konsekwencji. Trudno też przyjąć, że samorządowcy z zasady nie chcą rozmawiać o reformie. Wzmocnienie rad i mechanizmów kontroli zasługuje na poważną debatę, której limit kadencji nie zastąpi.

Czytaj więcej

Andrzej Andrysiak: Dwukadencyjności brońmy jak niepodległości

Kto ma decydować o zmianie wójta: mieszkańcy czy Warszawa?

Obraz gmin rządzonych przez dożywotnich „Królów Słońce” nie znajduje potwierdzenia w danych UMP. Centrum Analiz i Badań przeanalizowało wyniki pięciu wyborów z lat 2006–2024 na podstawie danych PKW. W 87 proc. gmin co najmniej raz zmienił się wójt, burmistrz lub prezydent miasta. Tę samą osobę pięć razy z rzędu wybrano w 13 proc. gmin. Pan redaktor kreśli obraz samorządowego „betonu”, którego bez ustawowej interwencji nie sposób skruszyć. Tymczasem wyborcy potrafią zmieniać władzę i robią to regularnie.

Autor komentarza przekonuje, że różnica między skalą zmian po ostatnich wyborach samorządowych a tym, co wydarzy się w 2029 r. nie jest duża. W 2024 r. nowych włodarzy wybrano w ok. 40 proc. gmin. Za trzy lata w blisko 60 proc. gmin dotychczasowi wójtowie, burmistrzowie i prezydenci nie będą mogli ponownie kandydować. Tyle że tych sytuacji nie można ze sobą porównywać. W pierwszym przypadku o zmianie zdecydowali wyborcy. W drugim możliwość ponownego wyboru odbierze im ustawa.

Foto: rp.pl

Stawką nie jest więc przyszłość samorządowców, lecz prawo wyboru mieszkańców ponad 1,5 tys. gmin. To oni, a nie ustawodawca w Warszawie, powinni mieć ostatnie słowo.

Limit działa tak samo na włodarza, który potencjalnie „zawłaszczył gminę”, jak na tego, który dobrze nią zarządza. Najmocniej może uderzyć tam, gdzie konkurencji już dziś brakuje. Liczba gmin, w których startował tylko jeden kandydat, wzrosła z 276 w 2006 r. do 412 w 2024 r. Kto stanie do wyborów tam, gdzie dziś trudno znaleźć choćby jednego chętnego?

Wójt czy burmistrz często startuje z lokalnego komitetu, bez partyjnego szyldu. Gdy w ponad 1,5 tys. gmin zabraknie dotychczasowych włodarzy, przewagę mogą zyskać kandydaci dysponujący marką, pieniędzmi i strukturami w terenie, czyli przede wszystkim duże partie. Lokalni liderzy bez takiego zaplecza mogą szukać partyjnego poparcia albo zrezygnować ze startu.

Czytaj więcej

Czy w 2029 roku Polsce grozi samorządowe tsunami? „Jeśli tak to system jest chory”

Jak naprawić samorząd?

Wszyscy wiemy, na jakie zagrożenia musimy się dziś jako państwo przygotować. Rola samorządów w budowaniu odporności na kryzysy wciąż jest niedoceniana. A przecież powodzie, pandemia czy kryzys uchodźczy pokazały, jak wiele zależy od ludzi, którzy znają lokalne realia, mają doświadczenie i potrafią współpracować ze służbami oraz organizacjami społecznymi. Takiej wiedzy i relacji nie buduje się z dnia na dzień. Nikt nie jest niezastąpiony, ale ustawowo wymuszona zmiana w tak wielu gminach wymaga oceny konsekwencji dla bezpieczeństwa i ciągłości zarządzania.

W samorządzie jest co naprawiać. Co do tego zgadzam się z redaktorem Andrzejem Andrysiakiem. Ale naprawa systemu wymaga czegoś więcej niż haseł o kruszeniu „betonu”. Jeśli problemem jest ustrój, a nie nazwisko na drzwiach gabinetu, wymiana jednego wójta na drugiego niewiele rozwiąże.

Tomasz Fijołek

Tomasz Fijołek

Foto: mat. pras.

Autor

Tomasz Fijołek

Dyrektor ds. legislacji Unii Metropolii Polskich im. Pawła Adamowicza