8 października minęła setna rocznica urodzin profesora Krzysztofa Skubiszewskiego. W latach 1989–1993 przeprowadził on suchą stopą polską politykę zagraniczną przez trzy doniosłe, rewolucyjne zmiany. Po pierwsze, wyprowadzenie Polski z bloku komunistycznego, w tym z wasalnej zależności wobec Związku Sowieckiego, a potem Rosji. Po drugie, określenie dla Polski solidnego miejsca w nowej, pozimnowojennej geopolityce Europy. Po trzecie, zbudowanie całkowicie nowej, po raz pierwszy od 1945 r., suwerennej polityki zagranicznej RP.

Reklama
Reklama

Posługując się popularnym zwrotem, można byłoby powiedzieć, że wobec wyzwań niesionych przez te rewolucyjne zmiany Skubiszewski okazał się właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Powiedziałbym więcej: Skubiszewski był w owym czasie jedyną osobą, bo nawet nie politykiem, która mogła dokonać tego w tak skuteczny i bezkonfliktowy sposób. Polska miała ogromne szczęście, że w czasach historycznego przełomu żyli jeszcze lub znaleźli się ludzie, którzy w arcytrudnych warunkach mogli zbudować demokratyczne, europejskie państwo ze sprawnie działającą gospodarką rynkową. Dzisiaj bardzo często tego nie doceniamy. Takiej generacji wybitnych osobowości działających w różnych dziedzinach życia publicznego nie miał żaden inny kraj regionu wychodzącego z bloku sowieckiego, dlatego transformacja Polsce udała się najlepiej. Badacze i obserwatorzy z Zachodu, ale też z naszej części Europy, nie mają w tej sprawie wątpliwości.

Krzysztof Skubiszewski. Głęboko wierzący katolik, żarliwy patriota swej ojczyzny, a przy tym Europejczyk

W sferze polityki zagranicznej tą wybitną postacią był Krzysztof Skubiszewski, wspierany na tym polu przez swych premierów Tadeusza Mazowieckiego, Jana Krzysztofa Bieleckiego i Hannę Suchocką, ale także prezydenta Lecha Wałęsę. (Krótkotrwały) prezydent Wojciech Jaruzelski nie przeszkadzał. Profesor Skubiszewski był wprawdzie wybitnym prawnikiem międzynarodowym, z wysoką pozycją za granicą, lecz w Polsce, poza dość wąskim kręgiem osób z tej samej branży, niemal zupełnie nieznany. Zaproszenie go do rządu przez Mazowieckiego było dla opinii publicznej ogromnym zaskoczeniem. Szybko okazało się, że był to wybór najlepszy z możliwych. Skubiszewski pochodził z Poznania, z rodziny o głębokich patriotycznych tradycjach, kultywującej etos służby Polsce, w której honor był cnotą, a nie pozą, jak to w Polsce nierzadko, zwłaszcza dzisiaj, bywa. Był starannie wykształcony nie tylko w sferze prawa, głównie międzynarodowego, ale także historii, którą nie tylko wybornie znał, ale rozumiał nauki z niej wypływające. Był głęboko wierzącym katolikiem, choć nie był to katolicyzm na pokaz, lecz w duszy, charakterze i postępowaniu. Wiązanie się z jakąkolwiek partią byłoby przeciwne jego naturze. Ale też, jak się miało okazać po 1989 r., nie służyłoby dobrze pełnieniu misji szefa polskiej dyplomacji w tak burzliwym czasie. Żarliwy patriota swej ojczyzny, a przy tym Europejczyk. Nie było w tym sprzeczności, przeciwnie, obie te tożsamości świetnie się w jego osobowości dopełniały.

Czytaj więcej

Krzysztof Skubiszewski nie żyje

W polityce zagranicznej głównym zadaniem było wyprowadzenie Polski z bloku komunistycznego oraz przeorientowanie polityki na Zachód, ku Europie. Z grubsza biorąc, można powiedzieć, że reprezentował opcję piastowską. Stąd jego relacje z Jerzym Giedroyciem były chłodne. Redaktor był sceptyczny wobec polskiego zapału w „powrocie do Europy”. Dla Skubiszewskiego nie było innej opcji, jak tylko solidne umocowanie we wspólnocie narodów europejskich, w świecie zachodnim, żadnej trzeciej drogi, żadnej budowy Europy Środkowej jako fundamentu bezpieczeństwa i rozwoju Polski, a już zwłaszcza żadnego wikłania Polski w jakieś geopolityczne rozgrywki na „dzikich polach” Europy Wschodniej. Polska była na to wtedy zbyt słaba, a jej ówczesna pozycja geopolityczna zbyt krucha. Zamiast ruchomych piasków Międzymorza i tym podobnych mrzonek Polsce należało dać skalną opokę jako podstawę jej pozycji międzynarodowej. Przypomnijmy, że w tamtym czasie toczyła się żywa dyskusja na temat kierunków polityki zagranicznej. Różne środowiska i partie, także tworzące rząd, wskazywały różne pożądane ich zdaniem opcje dla Polski, w tym pozostawanie w bliskich związkach z Moskwą (ZSRR, a potem Rosją). Silne były w niektórych kręgach obawy, wręcz fobie przed jednoczącymi się Niemcami, a europejska wiara była nierzadko słaba. „Nikt nas tam nie chce” – powtarzało wielu niedowiarków. „Nie szkodzi” – odpowiadał Skubiszewski i kierował uparcie Polskę ku Europie.

Motto Skubiszewskiego: „Wniesienie przez Polskę wkładu w odrodzenie zjednoczonej Europy, w której Polska winna znaleźć swoje miejsce”

Punktem wyjścia było rozwiązanie Układu Warszawskiego i RWPG oraz przebudowa stosunków z ZSRR, potem Rosją – z wasalnego uzależnienia na stosunki partnerskie, a przynajmniej stosunki pomiędzy w pełni suwerennymi państwami (nowy, ciężko negocjowany traktat zawarto w maju 1992 r.). Minister szybko dał znać swym sąsiadom ze wschodu i zachodu, z Moskwy i Berlina, że Polska jest suwerennym państwem, a nie „ziemią niczyją”, gdy zatrzymał na granicy polsko-niemieckiej pociąg mający przewieźć z Niemiec żołnierzy Armii Czerwonej bez uprzedniej zgody Warszawy (tzw. kryzys kolejowy w styczniu 1991 r.). A przy tym Skubiszewski, autor znakomitej pracy na temat prawnomiędzynarodowej ważności granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej, nie bał się Niemiec, nie bał się ich zjednoczenia. Doświadczony szef niemieckiej dyplomacji Hans-Dietrich Genscher miał dla prof. Skubiszewskiego wielki respekt. Regulacja naszych stosunków ze zjednoczonymi Niemcami poszła nadzwyczaj szybko. Najpierw bezwarunkowe potwierdzenie granicy (listopad 1990), potem wielki traktat, kładący podstawy pod pojednanie polsko-niemieckie; co robią z tym dzisiaj politycy, to inna sprawa. Polska, regulując wzorowo stosunki dwustronne ze wszystkimi sąsiadami (przypomnijmy, z trzech w 1989 r. zrobiło się siedmiu sąsiadów w 1993 r.) dała przykład wszystkim innym państwom regionu.

W ten sposób droga ku Europie została oczyszczona z przeszkód formalnych i ruin historii. Już w pierwszym swoim przemówieniu w roli ministra spraw zagranicznych, na sesji Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych 25 września 1989 r., prof. Skubiszewski zapowiedział „wniesienie przez Polskę wkładu w odrodzenie zjednoczonej Europy, w której Polska winna znaleźć swoje miejsce”. To zdanie można uznać za motto jego polityki zagranicznej. Kluczem był tu rozwój stosunków ze Wspólnotą Europejską, co także zostało zapowiedziane w tym samym przemówieniu. Stąd szybkie uruchomienie rozmów o stowarzyszeniu oraz zawarcie stosownej umowy w grudniu 1991 r. Jej przyjęcie określał jako „historyczne”: „Nie ma faktu porównywalnego do niej w historii naszego państwa” – mówił w Sejmie w czasie debaty ratyfikacyjnej 21 maja 1992 r. A to dlatego, że stowarzyszenie miało być pierwszym krokiem do Wspólnoty Europejskiej, w której członkostwo „określi miejsce Polski w Europie i na świecie” na długi czas. W trakcie tej debaty powiedział również, że „Polska może być europejska albo moskiewska, tertium non datur”. To „gwarancja zachowania i promieniowania naszej egzystencji narodowej”, to sprawa związków politycznych, duchowych, gospodarczych i w sferze bezpieczeństwa. W jego wyrażonym wtedy przekonaniu to także sprawa nieodwracalności naszych demokratycznych reform, bariera przed powrotem do autorytarnej przeszłości. Okazało się to proroczą wizją, o czym mieliśmy okazję się przekonać w latach 2015–2023. To jest zresztą główny powód wrogości części sił politycznych w naszym kraju wobec Unii Europejskiej.

To była polityka wielkości Polski, ale też polityka wartości, poszanowania prawa, praw człowieka

Koncentracja na Europie nie oznaczała ignorowania innych kierunków i obszarów naszych stosunków zewnętrznych. Bardzo dobrze rozwijały się stosunki z USA. A przy tym ani prezydent Wałęsa nie wchodził w rolę wasala i protegowanego prezydenta Stanów Zjednoczonych (jak to jest dzisiaj), ani rząd nie uprawiał polityki klientelistycznej (jak było to w latach 2015–2023). Nie było takich oczekiwań po stronie Waszyngtonu, ale też nie pozwoliłyby na to duma narodowa i interesy Rzeczypospolitej, którą reprezentowały ówczesne rządy i prezydent naszego kraju. Korzystnie rozwijane były także relacje z NATO, w którym członkostwo mieliśmy osiągnąć nie „na rympał” (wbrew niektórym twierdzeniom nie było to wtedy możliwe), lecz poprzez zacieśnianie organicznych powiązań. Skubiszewski uważał, że Polska nie może tu być narażona na ryzyko porażki czy śmieszności. Dotyczyło to zresztą także innych kierunków naszej polityki zagranicznej. W 1992 r. Polska oficjalnie ogłosiła zamiar ubiegania się o członkostwo w NATO. Zwiększeniu naszych szans na kierunku zachodnim miała służyć współpraca środkowoeuropejska. Chodziło w niej o wzajemne wspieranie się w reformach oraz europejskich i atlantyckich aspiracjach. Ale też o przekonanie naszych zachodnich partnerów, że nasz region nie należy do masy spadkowej po bloku sowieckim, że ma odrębną tożsamość kulturową i nie zamierza być częścią rosyjskiej strefy wpływów, w której Moskwa chciała nas zatrzymać i do czego oficjalnie zgłaszała pretensje. Mimo już wtedy pojawiających się różnic w ocenie wspólnej historii Polska nie wahała się jako pierwsza na świecie uznać niepodległości Ukrainy.

Polityka zagraniczna ministra Skubiszewskiego była polityką wielkości Polski, ale też polityką wartości, poszanowania prawa, praw człowieka, obecności imponderabiliów, jak choćby honor, szacunku dla tożsamości narodowej (bez nacjonalizmu) i narodowej przeszłości, bez jej wybielania. Wartości powinny być częścią polskiej racji stanu, o czym przekonywał minister w czasie jedynego od 1989 r. sejmowego przemówienia szefa polskiej dyplomacji na ten temat, wygłoszonego w styczniu 1993 r.

Czytaj więcej

Putin szykuje następców w pagonach. Kto przejmie władzę w Rosji?

Zdaniem ministra Polska mogła być jeszcze biedna, bo była wtedy nieprawdopodobnie biedna, ale jej polityka zagraniczna musiała jakością myślenia i profesjonalizmem wykonania dorównywać naszym zachodnim partnerom. Sam minister swą dystynkcją, świetną znajomością języków obcych, prawa i historii, literacką erudycją, także wyszukaną powściągliwością wyznaczał wysoki standard i był niezwykle szanowany przez europejskich ministrów spraw zagranicznych tamtego czasu. Bez Skubiszewskiego nie byłoby Trójkąta Weimarskiego. Genscher i Dumas wiedzieli komu proponują taką ekskluzywną współpracę. Tego samego minister Skubiszewski wymagał od swoich współpracowników – profesjonalizmu i oddania sprawie polskich interesów. W MSZ nie było miejsca na partyjniactwo. Wiceministrowie, niezależnie od tego, skąd pochodzili, musieli się trzymać z daleka od bieżącej polityki wewnętrznej; nie boksowali się w studiach telewizyjnych z nikim w żadnych sprawach.

Krzysztof Skubiszewski położył podstawy dla polityki zagranicznej wolnej i demokratycznej Polski. Pomimo okresowych anomalii wytrzymały one próbę czasu

Choć na zewnątrz szalała polityczna burza, o czym świadczy choćby to, że Skubiszewski był ministrem w czterech rządach w ciągu zaledwie czterech lat, politykę zagraniczną skutecznie chronił przed wewnętrznymi naciskami, atakami, fobiami. Jakie emocje wzbudzała, wystarczy spojrzeć w stenogramy z debat po sejmowych wystąpieniach ministra. Nie tylko ze swadą i kurtuazją polemizował z krytykami jego polityki zagranicznej, ale też zapraszał na kameralne spotkania na Al. Szucha przedstawicieli wszystkich partii reprezentowanych w Sejmie. I wtedy nawet ci najbardziej krzykliwi na sali sejmowej pokornieli w obliczu rzeczowych i spokojnych wywodów ministra. Niełatwo było czasem zapanować ministrowi nad „gwiazdozbiorem” z nowego zaciągu, w centrali i na placówkach. Wymiana kadr po 1989 r. musiała być głęboka i taka była. Trafiały do resortu różne osobowości ze świata nauki, publicystyki czy literatury, nierzadko o podwyższonym ego, lecz ze słabszym wyobrażeniem o zasadach sztuki dyplomatycznej. Z kolei niektórym ze starego portfela, sprzed 1989 r., nie obca była sztuka epistolarna w postaci pisania anonimów… Więc napięć w tym przejściowym okresie nie brakowało, a jednak autorytet pryncypała pacyfikował wewnętrzne animozje na tle ideowym czy osobowościowym. Tak samo wyglądało to w relacjach ministra z innymi członkami rządu, kierownictwem parlamentu czy prezydentem. W obszarze polityki zagranicznej to Skubiszewski był suwerenem, który mógł liczyć na lojalną współpracę z pozostałymi aktorami oficjalnej polityki. Zresztą nie do pomyślenia było wtedy, aby prezydent uprawiał sabotaż wobec ważnych dla interesu Polski działań ministra spraw zagranicznych, a przecież od ponad roku to stało się „normą”.

Urodzony sto lat temu Krzysztof Skubiszewski położył podstawy dla polityki zagranicznej wolnej i demokratycznej Polski. Pomimo okresowych anomalii wytrzymały one próbę czasu. Większość jego następców, z ministrem Radosławem Sikorskim włącznie, kontynuuje ten wyjściowy kurs, w którego ustalanie wielki wkład wnieśli także Tadeusz Mazowiecki i inni przywódcy opozycji demokratycznej sprzed 1989 r. Oprócz kanonu w sferze celów i kierunków minister Skubiszewski ustanowił także wysoki standard dla sposobu uprawiania polityki zagranicznej. Dla niektórych okazał się on niedościgniony. Ale nadal pozostaje niczym metr z Sèvres. Każda próba oszukania tej miary tworzyła problemy, a próba jej porzucenia przyniosłaby Polsce opłakane skutki.

Autor

prof. Roman Kuźniar

Politolog i dyplomata. Był doradcą ds. międzynarodowych prezydenta Bronisława Komorowskiego w latach 2010–2015, a w czasach Krzysztofa Skubiszewskiego dyrektorem Departamentu Planowania i Analiz MSZ