Izraelscy oficjele, komentując tragiczną śmierć polskiego wolontariusza w Gazie wraz z międzynarodową grupą ochotników, w jakimś sensie mają rację: na wojnie to się zdarza. Bomby rozbijają szpitale, pociski trafiają w oznakowane ambulanse, snajperzy kładą trupem sanitariuszy. „Gdzie drwa rąbią…”, albo też: „Nie pchaj palca między drzwi…”.
Ale jest w tym wszystkim wielka nieprawda: mamyż zostawić rannych swemu losowi, patrzeć z daleka na śmierć cywilów z głodu i pragnienia, porzucić czczą gadaninę o etyce, bo liczy się tylko zabicie wroga? Ale jest w tym fałszerstwo jeszcze bardziej oburzające, bo samochody wolontariuszy śledzone były przez izraelskiego drona-zabójcę, który kolejno strzelał do pojazdów i nie spoczął aż rozwalił ostatni. Zapewne kierowała nim sztuczna inteligencja (przepraszam: sztuczna głupota i podłość), bo człowiek nie działa tak szybko i bezwzględnie. Oddajemy więc maszynom decyzje ostateczne, a potem generałowie i ambasadorowie nie potrafią nawet wydusić ludzkiego „przepraszam”.
Czytaj więcej
Ambasador Izraela Jakow Liwne po spotkaniu z wiceszefem MSZ Andrzejem Szejną opublikował w mediach społecznościowych wpis, w którym wyraził "szczer...
Czy wolontariusze powinni być ofiarami konfliktów zbrojnych?
Nie miałem szczęścia poznać dzielnego i szlachetnego Polaka ani kogokolwiek z jego brytyjskich, amerykańskich i australijskich towarzyszy zamordowanych przez drona. Ale ponad 20 lat temu, gdy pracowałem w Bangkoku, udałem się na pogranicze birmańsko-tajskie, by lepiej poznać kraj, gdzie miałem reprezentować Polskę. Nie było tam morderczych bombardowań jak dziś w Gazie, ale roiło się od strzelających do siebie nawzajem partyzantów, a przede wszystkim od wynędzniałych uchodźców z Birmy, szukających schronienia w niewiele bogatszej Tajlandii. Tam właśnie poznałem Jasona Lubanskiego, dwudziestokilkuletniego Amerykanina, który nawet nie bardzo wiedział po kim (dziadku czy pradziadku?) odziedziczył polskie nazwisko.
Mamyż zostawić rannych swemu losowi, patrzeć z daleka na śmierć cywilów z głodu i pragnienia, porzucić czczą gadaninę o etyce, bo liczy się tylko zabicie wroga?
Jason właśnie ukończył elitarną inżynierię kosmiczną i zwiedzając świat trafił na to burzliwe pogranicze i… został. Już minął termin rozpoczęcia podyplomowej praktyki w NASA, a on rozwoził ryż i oliwę Karenom i Szanom głodującym w dżungli. Dlaczego i w imię czego porzucił karierę, by ratować ludzi, których języka nie rozumiał, by nocować w pełnych robactwa szałasach, zamiast sytego „american breakfast” siorbać ryżową zupkę, narażać się na kule skłóconych partyzantów, płacić łapówki żołdakom? Takie są tajemnice wolontariuszy, tajemnice bolesne najlepszych spośród nas.