Olga Tokarczuk powiedziała postępowej brytyjskiej gazecie, że „my, obywatele, musimy mieć pewność, że nowy rząd będzie nas słuchał i odpowiadał na nasze potrzeby, a nie, jak obecny, podporządkowywał większość obywateli anachronicznym »tradycyjnym wartościom«, wyznawanym jedynie przez 30 proc. mniejszości”. To „my” przykuło moją uwagę. Brzmi prawie jak „We, the people”.
Ale cosik mi się wydaje, że te 30 proc. obywateli wyznających anachroniczne wartości to może być więcej, niż jest tych wyznających postępowe wartości. No i „taki mamy klimat” – czyli konstytucję.
Teoretycznie demokracja to władza sprawowana przez większość nad mniejszością, z poszanowaniem praw mniejszości. To sposób rozstrzygania, co wybrać, gdy ludzie różnią się między sobą, a nie sposób rozstrzygania, kto ma rację.
Czytaj więcej
Rozmowa z Olgą Tokarczuk jest czołówką brytyjskiego „The Guardian”, opatrzoną tytułem „Laureatka Nagrody Nobla namawia polską opozycję do zaangażow...
Ale jak już ona nastaje, to większość ma dokładnie taką samą tendencję do sprawowania władzy tyrańskiej nad innymi, jak każdy inny tyran. I większość zaczyna rządzić mniejszością w przekonaniu, że ma rację. Choć formalnie rządzi ogół obywateli, czyli „lud” jako pewna zbiorowość, to większość ludzi, jako jednostek, nie pali się do władzy. W „ludzie” wyróżniają się niektórzy ludzie. Platon nazywa ich trutniami. Ich dominującą namiętnością jest żądza władzy. Najzapalczywsi wśród nich to trutnie z żądłami. Stają się przywódcami, za którymi podąża grono trutni bez żądeł – które wspierają te z żądłami i korzystają z ich łask. Napisane 2,5 tys. lat temu, a jak ładnie pasuje do współczesności.
W ten sposób pomału większość przestaje rządzić mniejszością, tylko najbardziej aktywna mniejszość zaczyna rządzić większością. Tak właśnie jest u nas. I zinstytucjonalizowano to w konstytucji. W „demokratycznym państwie prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej” wybierane w wielomandatowych okręgach wyborczych, finansowane przez lud trutnie, zdobywające 40 proc. głosów 50 proc. wyborców, czyli 20 proc. „ludu”, rządzą całym ludem. A rzeczony lud nie schodzi się na zgromadzenia, „jeżeli miodu trochę nie dostanie” – jak twierdził Platon. Dostarczycielem miodu jest zresztą sam lud. Trutnie z powrotem „dzielą go między lud, a najwięcej zachowują dla siebie”.
Więc nie ma co lać łez Jakubowych, bo sami sobie zgotowaliśmy ten los – parafrazując inną literatkę, aczkolwiek nie tak utytułowaną.