Mecenas Krzysztof Piesiewicz był rzadkim przypadkiem człowieka, który tę samą intuicję moralną potrafił wypowiedzieć w dwóch porządkach: w kinie i w państwie. Jako współscenarzysta pokazał, czym jest urzędowe zabijanie. Jako adwokat i senator przekonywał, że państwo nie powinno realizować takiej kompetencji. Dlatego jego nazwisko nie jest tylko przypisem do historii polskiego kina, ale także do historii polskiego odwrotu od kary śmierci.
Warto o tym pamiętać nie tylko dlatego, że śmierć znanej osoby domaga się okolicznościowych deklaracji i pośmiertnych laurek. Lecz także dlatego, że temat kary śmierci wraca z uporczywością, której nie należy lekceważyć. Po każdej szczególnie brutalnej zbrodni, po każdej tragedii przekraczającej zwykłą wyobraźnię, w debacie publicznej pojawia się ten sam odruch: dla takich ludzi powinna być kara śmierci. Nie jest on niezrozumiały. Rodzi się z gniewu, bezsilności, współczucia dla ofiar i poczucia, że niektóre czyny rozrywają zwykły język kary. Problem polega jednak na tym, że prawo nie może instytucjonalizować pierwszego odruchu.