Od kilku dni trwa zamieszanie wokół biskupa Marka Mendyka, ordynariusza świdnickiego. Były kleryk tamtejszego seminarium, pochodzący zresztą z tej samej parafii co hierarcha, w wywiadzie dla „Newsweeka” oskarżył biskupa o wykorzystanie seksualne. Miało do niego dojść przed 30 laty, gdy jako ośmiolatek leżał w szpitalu i wezwano do niego ks. Mendyka – wówczas studenta KUL, pomagającego w rodzinnej parafii – by udzielił mu sakramentu namaszczenia chorych.

Czytaj więcej

Tomasz Krzyżak: Sprawa bp. Mendyka. Kościelne młyny muszą działać szybko

Krótki, lakoniczny opis czynu, którego miał się dopuścić obecny biskup, oraz okoliczności, w jakich wszystko miało się wydarzyć, nasuwają wątpliwości czy mężczyzna mówi prawdę. Ale jego relacji nie można całkowicie zanegować. I nikt właściwie publicznie tego nie robi.

Biskup zaprzecza, by kiedykolwiek kogoś wykorzystał. Zapowiada wystąpienie na drogę prawną i obronę swojego imienia. W kilku wywiadach stwierdził, że nie przypomina sobie, by chodził do szpitala z ostatnim namaszczeniem, wskazuje też na pewne wątpliwości, które rodzą się po lekturze relacji oskarżającego go mężczyzny – ot chociażby tą, że dziecku sakramentu namaszczenia udziela się w obecności jego najbliższych.

I tu też nie ma podstaw do tego, by biskupowi nie wierzyć. A jednak daje się zauważyć pewna nierównowaga stron. Sympatia wielu komentatorów sytuuje się bardziej po stronie domniemanej ofiary – zwłaszcza że bp. Mendyka umieszcza się w tzw. stajni Gulbinowicza – a niemal każde słowo hierarchy jest rozkładane na czynniki pierwsze i poddawane drobiazgowej analizie. I choć nikt wprost nie powiedział: „winny”, to między wierszami z łatwością można je wyczytać. Niespecjalnie zwraca się uwagę na domniemanie niewinności i to, że winę trzeba udowodnić.

Czytaj więcej

Tomasz Krzyżak: Komisja ds. pedofilii trwoni kredyt zaufania

W tym przypadku będzie to dość trudne. Swoją robotę będzie musiała wykonać prokuratura, do której zwrócił się w tej sprawie pełnomocnik domniemanej ofiary – mec. Artur Nowak, któremu (kolejny zresztą raz) mieszają się role. Jednego dnia występuje bowiem jako prawnik, który zarzeka się, że jego klient nie weźmie udziału w postępowaniu kościelnym, drugiego dnia wchodzi w buty publicysty i stwierdza, że jeszcze niejedną taką sprawę opinia publiczna ujrzy.

Swoją robotę będzie musiał wykonać także Kościół. Biskup Mendyk poprosił o postępowanie wyjaśniające metropolitę wrocławskiego i powiadomił Nuncjaturę Apostolską.

Oba postępowania wymagają czasu i ciszy. Potrzebują rozwagi, drobiazgowego sprawdzenia faktów. Tak po stronie prokuratury, jak i w postępowaniu kościelnym. Sprawa jest zbyt poważna, by działać pod presją czasu i opinii publicznej. Choć oczywiście czas gra tu na niekorzyść – wydaje się, że głównie na szkodę hierarchy, jak i szeroko pojętej wspólnoty Kościoła – ale pośpiech też zbytnio nie pomoże.

Nie ma wątpliwości, że w przypadku stwierdzenia winy hierarchę powinna spotkać kara, a gdy zostanie uznany za niewinnego powinno mu się przywrócić dobre imię. Tylko kto to wtedy zrobi?