PiS – obiektywnie – miał problem z wyborem Adama Glapińskiego i wciąż ma go z Solidarną Polską, ale rozwiązując każdy z tych problemów, stwarza subiektywne wrażenie, że żadnego problemu nie ma.

Ze wszystkimi problemami, jakie w czasie siedmiu lat rządzenia pojawiły się na drodze PiS, jest trochę tak jak ze słynnym kotem Schrödingera, który jest jednocześnie żywy i nieżywy. Partia Jarosława Kaczyńskiego wpada na różne miny tudzież efektownie podstawia sobie nogę równie często, jak jej poprzednicy. W odróżnieniu jednak od wielu poprzednich ekip jest w stanie uniknąć wejścia w stan wewnętrznego rozkładu, w którym po wejściu na grabie następuje na nie jeszcze kilkukrotnie, a wszystko wieńczy malowniczym orłem po nadepnięciu na skórkę od banana, co ponad wszelką wątpliwość dowodziłoby, że u steru mamy ekipę nieudaczników, którą należy jak najszybciej wymienić. PiS, mimo różnych napięć wewnętrznych zarówno w całym obozie Zjednoczonej Prawicy, jak i wewnątrz samej partii, pozostaje wciąż dość karną armią, dzięki czemu jak dotąd wszelkie problemy jest w stanie przekuć na swoją korzyść.

Czytaj więcej

Paweł Rożyński: Druga kadencja Glapińskiego. To nie jest sternik na czas sztormu

Dzieje się tak m.in. dzięki temu, że szeroko rozumiane środowiska opozycyjne (politycy, ale też sprzyjający opozycji komentatorzy) niepotrzebnie podchwytują narrację o kruchej PiS-owskiej większości, o rychłym rozpadzie koalicji, o przedterminowych wyborach, które są tuż, tuż za rogiem, i już w zasadzie niewiadomą jest tylko to, czy odbędą się w czerwcu, czy we wrześniu.

Spryt rządzących

Warto zwrócić uwagę, że taką narrację potrafi sprawnie podrzucić sam PiS – co w ostatnim czasie jest specjalnością wicemarszałka Ryszarda Terleckiego, który czasem subtelnie, a czasem bardzo bezpośrednio straszy mniejszych koalicjantów wizją PiS-u wywracającego szalupę, którą wszyscy płyną. A przecież i Solidarna Polska, i środowiska postgowinowskie wiedzą, że w razie wyborów wszystkie koła ratunkowe są w rękach PiS-u, ponieważ pozostali członkowie obozu cieszą się poparciem każącym drżeć przed tym, czy obrad przyszłego Sejmu nie będą oglądać wyłącznie w telewizji.

Na tego typu wypowiedzi Terleckiego czy innych polityków PiS-u należy jednak patrzeć nie tylko jak na grożenie palcem mniejszym koalicjantom, ale też jak na wrzucenie do debaty publicznej narracji o kryzysie w koalicji rządzącej. W sytuacji, gdy taką narracją udaje się zainteresować opozycję i media, przez następnych wiele dni dyskusja zaczyna skupiać się na PiS-ie, co z kolei stwarza wrażenie, że jest on jedynym punktem odniesienia w polskiej polityce i to wyłącznie od losu PiS-u i Zjednoczonej Prawicy zależy przyszłość nas wszystkich.

Czytaj więcej

Zuzanna Dąbrowska: Prezes drugiej świeżości

Gdyby PiS znajdował się w owej wspomnianej wcześniej fazie rozkładu, gdy wszyscy rozglądają się nerwowo, jak się ustawić, żeby nie wypaść z politycznej gry, i gdyby z jednego kryzysu płynnie przechodził do drugiego, żadnego nie rozwiązując – wówczas taka PiS-centryczna narracja wszelkie te problemy tylko by uwypuklała. W przeszłości taki scenariusz bywał gwoździem do trumny niejednej ekipy rządzącej w Polsce.

Jednak dopóki PiS pozostaje wewnętrznie zwarty i ostatecznie – tak czy inaczej – jest w stanie postawić na swoim: czyli wygrać decydujące głosowanie (jak w sprawie wyboru Adama Glapińskiego) i utrzymać koalicję, takie problemy przekuwa w dowód swojej siły. Oto bowiem na koniec dnia politycy tej partii mogą powiedzieć, że wszystkie pogłoski o ich politycznej śmierci to myślenie życzeniowe, i na dowód pokazać opinii publicznej wynik jednego czy drugiego głosowania. A przeciętny wyborca, który nie śledzi wszystkich zakulisowych gier, pokiwa wówczas z uznaniem głową i powie: no tak, oni są siłą sprawczą, a pozostali tylko dużo mówią.

Jeśli ktoś szuka wyjaśnienia, dlaczego przez siedem lat PiS otwiera praktycznie każdy sondaż poparcia dla partii politycznych, to jest to jedna z bardzo prawdopodobnych odpowiedzi.

Zgrzytanie opozycji

Aby wyjść z tej pułapki, opozycja musiałaby wyjść poza schemat i nie chwytać się kurczowo każdego drgnięcia w koalicji rządzącej, licząc, że jest to ten właśnie moment, gdy wszystko rozsypie się jak domek z kart, jeśli nie ma absolutnej pewności, że tak się stanie. Bo im więcej opozycja mówi o słabości władzy, tym bardziej władza – wychodząc z kolejnych opresji – staje się w oczach opinii publicznej silniejsza, a opozycja słabsza. Nawet bowiem najbardziej kwieciste filipiki obnażające słabości władzy w ostatecznym rozrachunku przegrają z twardą rzeczywistością, w której PiS przepycha kolanem kolejne swoje rozwiązanie, a opozycja zgrzyta tylko zębami po tym, jak wcześniej przez wiele dni przekonywała, że koniec ekipy rządzącej jest bliski. Dlatego przy kolejnym rychłym końcu koalicji lepiej wzruszyć ramionami i skupić się na swojej agendzie, próbując wrzucić do debaty publicznej nowe, niezwiązane z partią rządzącą wątki. Tak jak stara się to ostatnio robić Donald Tusk z chwytliwym i łatwym do zapamiętania postulatem 20-proc. podwyżki dla budżetówki. PiS nie wygrał wyborów tym, że Jarosław Kaczyński puszczał w Sejmie z tabletu wystąpienie Piotra Glińskiego, licząc na fantastyczny scenariusz przeforsowania go jako kandydata na premiera w ramach procedury konstruktywnego wotum nieufności. PiS wygrał, bo nakreślił alternatywną, wobec dominującego dyskursu, wizję kształtowania polityki i zainteresował nią wyborców.

Od 2015 r. w polskiej polityce zawsze, ostatecznie, kot Schrödingera okazuje się żywy i łasi się do prezesa Kaczyńskiego. A ci, którzy przekonywali o jego śmierci – nawet jeśli mieli ku temu silne przesłanki – wychodzą na takich, którzy się na polityce nie znają i w związku z tym lepiej im steru rządów nie oddawać.