Nie sposób, uważnie obserwując polską scenę polityczną, nie odnotować coraz brutalniejszej wojny na linii Platforma Obywatelska – Lewica. Nie sposób także nie uznać, że stroną częściej atakującą jest ta pierwsza partia. Ostatnim akordem tych „uprzejmości” są niedawne osobiste złośliwości czynione pod adresem Włodzimierza Czarzastego przez Donalda Tuska. Jak tłumaczyć to zjawisko?

Powody są co najmniej dwa. Pierwszy wyborczy. Jest faktem dość oczywistym, że w społeczeństwach bardzo spolaryzowanych łatwiej „podkraść” elektorat innej partii po tej samej stronie podstawowego sporu politycznego niż ugrupowaniu po stronie przeciwnej. W Polsce główną linią podziału jest stosunek do rządów Zjednoczonej Prawicy, a konkretniej – do Prawa i Sprawiedliwości. Wyborcy zatem głosują na różne formacje, ale ich zasadniczą emocją jest to, czy są za PiS, czy przeciw. Dlatego właśnie łatwiej zwiększyć popularność jakiegoś podmiotu poprzez pozyskiwanie wyborców podzielających te same podstawowe uczucia, a nie odwołując się do tych, którzy stoją po drugiej stronie „aksjologicznego rowu”.

Marek Migalski

Autor jest politologiem, profesorem Uniwersytetu Śląskiego

Partyjny kanibalizm

Stąd uderzenie PO w Lewicę – to prostszy sposób na pozyskanie nowych wyborców niż apelowanie do elektoratu PiS o zmianę swych dotychczasowych preferencji politycznych. Że jest to jakaś forma „kanibalizmu” politycznego, która w ogólnym rachunku nie zmienia stosunku sił między PiS-em a „anty-PiS-em”? To prawda, ale przecież nie jest to zasadniczy problem liderów poszczególnych ugrupowań, prawda? Oni są rozliczani ze „słupków” swoich partii, a nie z ogólnego stosunku liczby wyborców opozycyjnych i prorządowych.

Ciekawe jest w tym kontekście to, za co Tusk atakuje Czarzastego. Otóż robi to, oskarżając go o możliwość kooperacji z Jarosławem Kaczyńskim i plany współrządzenia z nim. Nie jest celem tego artykułu ocena zasadności tych zarzutów; ważniejsze dla mnie jest wytłumaczenie, dlaczego lider PO wybrał akurat to pole konfrontacji. Otóż wydaje mi się, że powodem jest fakt, że najbardziej antypisowskie elektoraty wśród partii opozycyjnych obserwujemy właśnie w Koalicji Obywatelskiej oraz w Lewicy. Znacznie mniej niechęci do Kaczyńskiego i jego formacji notujemy wśród wyborców PSL oraz Polski 2050. I właśnie dlatego Tusk zdecydował się na atak akurat z tej flanki – prawie dla każdego sympatyka Lewicy zarzuty o możliwość „kolaboracji” rządowej z PiS są oburzające, a dla części elektoratu tego ugrupowania mogą (choć nie muszą) być powodem przerzucenia swojego poparcia na podmiot bardziej gwarantujący odsunięcie Kaczyńskiego od władzy. Właśnie na takich wyborców Lewicy liczy przewodniczący KO. Na ile będzie skuteczny? Tego nie wiem – opisuję jedynie zamiary oraz powody jego ataku na Czarzastego.

Czytaj więcej

Stéphane Séjourné: Jesteśmy po stronie walki z politycznym status quo

Drugim wytłumaczeniem tych działań Tuska są już nie tylko wybory, ale także perspektywa rządzenia bez Lewicy. Bo jeśli plan szefa PO powiedzie się, to jego skutkiem ostatecznym może być…nieprzekroczenie przez Lewicę progu wyborczego. Nikt nie jest w stanie powiedzieć jakie będzie miała ona poparcie w 2023 roku, ale jest już prawie pewne, że były przewodniczący Rady Europejskiej nie chce iść z nią w jednej koalicji. Być może pomny jest katastrofy takiej koncepcji z wyborów do europarlamentu w 2019 roku, a może po prostu uważa, że dzięki klęsce Czarzastego za dwa lata uda mu się z niej skorzystać dokładnie w taki sam sposób, jak na klęsce SLD w 2015 roku skorzystał Kaczyński.

Dwa bloki

Po kolei jednak. Coraz bardziej prawdopodobne jest, że dzisiejsza opozycja – według planów Tuska – pójdzie do wyborów w dwóch blokach. Najbardziej owocnym – to już moja ocena – byłby następujący układ: osobno Lewica oraz osobno koalicja KO-PSL-PL2050. Roboczo (i mało atrakcyjnie) określam ją jako EPP+, czyli podmiot o charakterze centrowo-chadecko-prawicowym. Na razie trwają wzajemne podszczypywania między liderami partii składających się na ów blok, ale coraz bardziej widać, że pokonałby on Zjednoczoną Prawicę (a tym bardziej samotnie idące do wyborów PiS). Proste (co nie znaczy poprawne) dodanie dzisiejszego poparcia dla trzech podmiotów daje w każdym prawie sondażu łączny wynik o kilka punktów procentowych lepszy, niż osiąga obecna partia władzy. Jak wszyscy wiedzą, takie proste sumowanie nie odbywa się w realnym świecie fuzji i sojuszy politycznych – czasami daje efekt synergii, ale czasami „odpadania” części wyborców (tak właśnie stało się w 2019 roku w przypadku KE, która była formułą zbyt szeroką i przez to mniej atrakcyjną dla sympatyków opozycji).

Czytaj więcej

Jak ma wyglądać Polska po rządach PiS? PO z dystansem do inicjatywy Hołowni
Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Zauważmy jednak, że jeśli spełniłby się optymistyczny dla Donalda Tuska, Szymona Hołowni i Władysława Kosiniaka-Kamysza scenariusz i ich koalicja „dobiegłaby” pierwsza na metę, to metoda d’Hondta wreszcie zaczęła pracować na rzecz dzisiejszej opozycji, a nie – jak ma to miejsce od ponad sześciu lat – na korzyść PiS. Im większy byłby dystans między EPP+ a ZP, tym więcej mandatów „nadwyżkowych” uzyskałby ten pierwszy podmiot. I teraz najważniejsze – owa premia byłaby jeszcze pokaźniejsza, gdyby procent głosów „zmarnowanych”, czyli oddanych na komitety, które nie przekroczyły progów wyborczych, był jak najwyższy. Mówiąc wprost – jeśli Lewica nie dostałaby się do Sejmu, to najwięcej na tym skorzystałby podmiot, który wygrał wybory, czyli koalicja KO-PSL-PL2050. Stałoby się dokładnie to, co obserwowaliśmy w 2015 roku, kiedy to klęska SLD dała Zjednoczonej Prawicy większość sejmową (przy zaledwie 37,5 proc. poparcia w elekcji parlamentarnej).

Samodzielny rząd

I na to właśnie może liczyć Tusk. Wówczas EPP+ miałaby możliwość sformowania samodzielnego rządu, bowiem łączna liczba mandatów ZP i Konfederacji byłaby mniejsza niż to, co uzyskałby blok Tuska, Hołowni i Kosiniaka-Kamysza. Jeśli Lewica przekroczyłaby jednak próg wyborczy, to… też dobrze – wówczas mogłaby być doproszona do rządzenia, ale na o wiele mniej korzystnych dla siebie warunkach niż wówczas, gdyby szła do wyborów we wspólnej z innymi siłami opozycyjnymi koalicji. Oraz gdyby nie była przez cały czas oskarżana o to, że chce współrządzić z Kaczyńskim.

Oto powody wojny, którą Lewicy wypowiedział Tusk. I którą będzie prowadził aż do następnych wyborów parlamentarnych. Powinniśmy się to tego przyzwyczaić.