Tuż po tragicznej, najprawdopodobniej samobójczej, śmierci Andrzeja Leppera trudno się było spodziewać, że w ciągu paru godzin stanie się ona argumentem w politycznej walce. Jednak już parę godzin po podaniu przez policję informacji o odnalezieniu zwłok założyciela Samoobrony politycy i komentatorzy zaczęli obwiniać rząd lub opozycję (w zależności od własnych sympatii) o przyczynienie się do desperackiego kroku Leppera.
Bardzo szybko co radykalniejsze media zaczęły pytać, kto zabił szefa Samoobrony. I choć rzeczywiście policja i prokuratura dość opieszale prowadziły postępowanie, ich niedociągnięcia nie wystarczały do stawiania tez o mordzie politycznym. Tym bardziej że dość szybko powstały reportaże pokazujące, w jak opłakanej sytuacji życiowej znalazł się były wicepremier, co dodatkowo pozbawiło argumentów zwolenników doszukiwania się w tej tragicznej śmierci drugiego czy trzeciego dna.
Pamiętając, co mówiono po śmierci Leppera, łatwo było się domyślić, jaka będzie reakcja na próbę samospalenia mężczyzny przed Kancelarią Premiera. I rzeczywiście – bardzo szybko zaczął się festiwal wzajemnego obwiniania się polityków o przyczynienie się do fatalnego losu desperata.
Przyznajmy: Donald Tusk i Jarosław Kaczyński publicznie o sprawie wypowiadali się niezwykle wstrzemięźliwie, a o niewikłanie jej w politykę apelował prezydent Bronisław Komorowski. Jednak w Internecie i w wypowiedziach szeregowych polityków wszystkich chyba partii szybko pojawiły się sugestie dotyczące tego, kto jest winien tej tragicznej próby samobójczej.
Tymczasem trudno z mężczyzny, który podpalił się przed siedzibą szefa rządu, robić ofiarę jednej tylko partii politycznej. Czytając jego historię, odnosi się wrażenie, że nie pomógł mu nikt. Listy pisane do liderów PiS i SLD nie spotkały się z oczekiwaną przez niego reakcją, nie uzyskał też pomocy po wysłaniu pism do premiera Donalda Tuska i minister Julii Pitery.
Na pewno nie da się też w tej sprawie zrzucić winy na PO, choć – przyznajmy – to szef tej partii Donald Tusk od czterech lat jest odpowiedzialny za to, co się dzieje w Polsce. Zwolennicy PiS z tragedii mężczyzny, który podpalił się w Warszawie, stanowczo nie powinni czynić politycznego argumentu, jako że człowiek ów musiał odejść z pracy z policji po zmianach przeprowadzonych w organach ścigania za rządów partii Jarosława Kaczyńskiego.
Rodzą się jednak pytania ogólniejsze. Czy w czasie kampanii wyborczej odpowiedzialni politycy i dziennikarze powinni w ogóle poszukiwać winnego samopodpalenia? Czy szacunek dla człowieka w obliczu jego życiowej tragedii nie wymagałby zachowania w takich sytuacjach większej wstrzemięźliwości?
Oczywiście taki gest jak publiczne podpalenie się przed siedzibą rządu można uznać za wołanie o pomoc skierowane do wszystkich uczestników życia publicznego. Według niektórych takie desperackie gesty są niedopuszczalne, godne potępienia. Jeden z komentatorów nazwał wręcz mężczyznę, który dokonał tego czynu, terrorystą.
Moim zdaniem to określenie niesprawiedliwe i bezduszne. Trzeba pamiętać, że mamy do czynienia przede wszystkim z wielkim ludzkim cierpieniem. A sprawca samopodpalenia – w odróżnieniu od terrorystów – jedynym zakładnikiem swojego aktu przemocy uczynił samego siebie, naraził tylko własne życie.
To prawda, że demonstracyjna próba samobójcza – podobnie jak często czyny terrorystyczne – ma wymusić zwrócenie uwagi na jakąś sprawę. Politycy i dziennikarze zareagowali zgodnie z intencją desperata, ulegli jego naciskowi. Kolejne pytanie brzmi: czy powinni?