Harvard w Polsce nielegalny

Pierwszym krokiem ku naprawie polskich uczelni jest wyrwanie ich z łap profesury, która uczyniła z uniwersytetów swój prywatny folwark - pisze prezes FOR

Aktualizacja: 17.05.2012 19:49 Publikacja: 17.05.2012 19:47

Harvard w Polsce nielegalny

Foto: ROL

Polskie uczelnie są i będą kiepskie, dopóki polskie prawo będzie wymagać, by uczelnie były prywatnym folwarkiem profesury, ustawy i rozporządzenia będą drobiazgowo determinować sposób uczenia, a konstytucja będzie wymagała darmowych studiów na państwowych uczelniach.

100 stron ustawy

W USA uczelnię wyższą może założyć każdy i ma prawo zorganizować ją tak, jak mu się podoba. Może zatrudnić, kogo chce, i wykładać, co chce. W USA profesorem może zostać każdy, kogo na stanowisko profesora zatrudni uczelnia. Nie ma tam ani ministerstwa uniwersytetów, ani ustawy o szkołach wyższych, ani nawet ustawy o stopniach naukowych. Jest za to w USA największa na świecie liczba najlepszych na świecie uniwersytetów.

Natomiast w Polsce licząca ponad 100 stron ustawa - Prawo o szkolnictwie wyższym wraz z około 50 aktami wykonawczymi regulują, kto może uzyskać zgodę władz na otworzenie uczelni i w najdrobniejszych szczegółach opisują, jak zorganizować uczelnię. U nas prawo definiuje nawet, na jakich kierunkach można uczyć na uczelniach!

Jedyny drugi kraj w Europie z ustaloną na mocy prawa listą dozwolonych kierunków nauczania to Rosja. W trosce o jakość nauki przyznawanie tytułu profesora reguluje w Polsce ustawa o stopniach naukowych i tytule naukowym oraz o stopniach i tytule w zakresie sztuki wraz z mniej więcej 70 aktami wykonawczymi.

Jednak to w USA jest najwięcej najlepszych uniwersytetów na świecie. A uczelnie polskie wedle wszystkich obiektywnych kryteriów są jednymi z gorszych.

Żeby dopełnić miary absurdów, gdyby nasze uczelnie chciały przenieść się do USA, to mogą zacząć tam działać choćby jutro. Ale gdyby jakimś magicznym sposobem przenieść do Polski najlepsze zagraniczne uczelnie, takie jak Harvard, to zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem należałoby te uczelnie natychmiast zamknąć, gdyż nie spełniają standardów kształcenia określonych w polskim prawie.

Czy prawo, wedle którego Harvard jest u nas nielegalny, bo nie spełnia jakichś standardów wymyślonych przez polityków i urzędników, może dać Polakom dobre uczelnie?

Władza prezydenta

Pierwszym krokiem ku naprawie polskich uczelni jest wyrwanie ich z łap profesury, która uczyniła z polskich uniwersytetów swój prywatny folwark. Polskie uczelnie tak naprawdę nie mają szefów, bo rektora wybierają sobie sami profesorzy w imię samorządności i autonomii uczelni.

Uniwersytet amerykański nie jest ani samorządny, ani autonomiczny. Szefem amerykańskiej uczelni jest prezydent wybierany przez radę powierniczą składającą się zazwyczaj z poważanych absolwentów  niezwiązanych zawodowo z uniwersytetem i zazwyczaj niebędących naukowcami.

Polską uczelnią rządzi rektor wybierany spośród wykładowców z tytułem naukowym lub stopniem doktora habilitowanego. W wyborach rektora mogą uczestniczyć jeszcze pracownicy administracyjni i studenci, ale to profesorowie stanowią większość elektorów i decydują, kto zostaje ich szefem.

W ten sposób powstaje zamknięte środowisko, w którym swoi wybierają swoich i między sobą się kłócą, kto będzie rządził i w jakim celu. Wsobny chów i wsobny wybór władz uczelni pozwala polskim profesorom bezkarnie ignorować innowacyjność oraz potrzeby studentów i społeczeństwa.

Prezydent uczelni amerykańskiej ma o wiele więcej władzy od polskiego rektora. Sam dobiera sobie zarząd, z którym kieruje administracją i finansami uczelni. Jeśli dobrze rządzi, może władzę sprawować przez dziesięciolecia.

Rektor polskiej uczelni, nawet gdyby chciał, to nie ma możliwości kierowania uczelnią. Jest wybrany na krótki okres przez jedną z uczelnianych frakcji, dostaje za zastępców ludzi wybranych przez inne frakcje w celu nadzorowania i kontrowania jego decyzji w interesie zwalczających się uczelnianych frakcji.

Co to jest uniwersytet

Wprowadzenie nad profesorami zewnętrznej kontroli, w tym wybór rektora przez gremia zewnętrzne wobec uczelni i wyposażenie takiego szefa w decyzyjność, jest warunkiem koniecznym naprawy polskich uczelni. Każdy projekt naprawy polskich uczelni bez tego elementu będzie nieskuteczny.

Drugim krokiem, który należy dokonać, by naprawić polskie uczelnie, jest likwidacja przepisów, które pozwalają władzy publicznej określać sposób uczenia zarówno dla uczelni państwowych, jak i prywatnych. W USA nie ma ani ministerstwa uniwersytetów, ani ustawy o uniwersytetach. Nie ma, bo zakazuje tego konstytucja USA, która stanowi, że władze federalne mają władzę tylko w obszarach wymienionych w konstytucji. A że konstytucja USA nie mówi nic o uniwersytetach, to rząd ma zakazane tworzenie ministerstwa uniwersytetów lub ustaw o uniwersytetach.

Owszem, istnieją tam liczne uczelnie publiczne, głównie stanowe. Ale muszą one konkurować z prywatnymi uczelniami, których nie krępują niepotrzebne regulacje, więc amerykańskie władze stanowe nie uważają, że mają wiedzę potrzebną do tego, by uchwalać przepisy określające, co to jest uniwersytet i jak ma uczyć.

Niestety w Polsce władze stworzyły gąszcz przepisów, który wypacza funkcjonowanie uczelni i tworzy problemy, które władza potem dzielnie rozwiązuje. Na przykład minister Kudrycka upiera się, że wie, ilu wykładowców powinno być na każdej uczelni i każdym kierunku studiów, i reguluje to ministerialnym rozporządzeniem o minimach kadrowych.

Przyznam, że osobiście nie mam pojęcia, jaka jest właściwa dla każdej uczelni i każdego wydziału liczba profesorów przypadających na studentów. Ale jestem spokojny, że poszczególne amerykańskie uczelnie, każda ustalając tę proporcję po swojemu, dokonują lepszego wyboru niż polski minister w Warszawie decydujący na jeden i ten sam sposób za wszystkie uczelnie pomiędzy Bugiem a Odrą.

W USA liczba studentów przypadających na profesora zmienia się na każdej uczelni zgodnie z popytem studentów, podażą profesorów oraz aktualnymi pomysłami na sposób uczenia. Tam współistnieje zarówno Harvard, gdzie pierwszoroczny wykład z ekonomii prowadzony jest dla około 1200 studentów, oraz małe uczelnie, na których wykłady prowadzone są tylko przez profesorów dla co najwyżej kilkunastu studentów.

Polskie minima kadrowe z rozporządzenia pani minister uniemożliwiają eksperymentowanie z najlepszym sposobem uczenia i de facto zakładają, że istnieje jakaś magiczna proporcja profesorów, doktorów i doktorantów, która jest dana raz na zawsze i idealna dla wszystkich uczelni i wszystkich studentów.

Potem minister Kudrycka dziwi się wieloetatowości profesorów oraz zatrudnianiu 70-letnich profesorów, z których wielu już nie nadaje się do uczenia, a przecież to właśnie minima kadrowe egzekwowane przez jej ministerstwo tworzą popyt na wykładowców z właściwym papierem. Ponieważ tego nie rozumie, to potem tworzy kolejne przepisy mające przeciwdziałać wieloetatowości profesorów czy też mające przymuszać profesorów do odchodzenia na emeryturę we właściwym wieku.

Uczyć się od najlepszych

Najtrudniejsza zmiana, bo wymagająca zmiany konstytucji, to likwidacja darmowych studiów. W miejsce darmowych dziennych studiów na państwowych uczelniach dla dzieci z przeciętnie bogatszych domów, a płatnych studiów na prywatnych uczelniach dla dzieci z przeciętnie biedniejszych domów, należy wprowadzić powszechną odpłatność wraz z systemem kredytów studenckich i stypendiów.

Darmowe studia to nie tylko dotowanie bogatszych przez biedniejszych, ale również wypaczenie bodźców kształtujących zarówno zachowania producenta-uczelni, jak i konsumenta-studenta. Budżetowe finansowanie uczelni to pieniądze na dalsze trwanie, a nie zapłata za kształcenie studentów.

Chroni to państwowe uczelnie i ich kadrę przed rynkiem, czyli koniecznością zaspokojenia potrzeb studenta-konsumenta. Ale również powoduje, że to uczniowie konkurują o darmowe miejsca na studiach dziennych państwowych uczelni, zamiast uczelnie konkurować o najlepszych studentów. Chroniąc uczelnie przed konkurowaniem o płacącego studenta, zlikwidowaliśmy najsilniejszy bodziec do polepszania oferty akademickiej i dostosowywanie jej do potrzeb studentów.

Uczyć się należy od najlepszych. Wiele różni amerykański rynek edukacji od polskiego systemu edukacji zarządzanego przez ministerstwo. Od nas tylko zależy, czy zechcemy naprawić nasze uczelnie.

Autor jest prezesem utworzonej przez Leszka Balcerowicza Fundacji Obywatelskiego Rozwoju, absolwentem Harvardu, zajmuje się doradztwem gospodarczym

Polskie uczelnie są i będą kiepskie, dopóki polskie prawo będzie wymagać, by uczelnie były prywatnym folwarkiem profesury, ustawy i rozporządzenia będą drobiazgowo determinować sposób uczenia, a konstytucja będzie wymagała darmowych studiów na państwowych uczelniach.

100 stron ustawy

Pozostało 97% artykułu
Opinie polityczno - społeczne
Jacek Nizinkiewicz: Dlaczego PiS chce ukryć problemy, których lawinowo przybywa
Opinie polityczno - społeczne
Zuzanna Dąbrowska: Odwołana rewolucja w KRS
Opinie polityczno - społeczne
Łukasz Warzecha: Kto tu jest populistą?
Opinie polityczno - społeczne
Ks. Mirosław Tykfer: Na granicy z Białorusią wciąż umierają ludzie
Opinie polityczno - społeczne
Jan Zielonka: O co chodzi w wyborach do europarlamentu