W takiej Wielkiej Brytanii głową państwa jest królowa, a w takiej Polsce (by daleko nie szukać) – prezydent. W takich Stanach Zjednoczonych posłów wybiera się według ordynacji większościowej, a w takiej Polsce (by daleko nie szukać) – według ordynacji proporcjonalnej. W takiej Szwajcarii o przeprowadzeniu referendum decydują obywatele, a w takiej Polsce (by daleko nie szukać) – Sejm lub prezydent za zgodą Senatu.

W Unii Europejskiej jest 28 państw i wszystkie one mają trochę inną demokrację. Trochę inne rozwiązania. Ograniczenia, preferencje i zwyczaje. Nie mówiąc już o świecie (ONZ zrzesza dziś prawie dwustu członków).

Z tych globalnych wyżyn wróćmy na nadwiślańską ziemię, gdzie właśnie odbyły się wybory samorządowe, uznawane przez wielu za sól demokracji. Wyniki wyborów ogłasza Państwowa Komisja Wyborcza, do wyborczej niedzieli uchodząca za organ demokratyczny, lecz od powyborczego wtorku już nie, skoro pan redaktor Filip Memches i pan Poseł Joachim Brudziński uznali ją za relikt PRL, a nadto pan profesor Piotr Gliński za akademię leśnych dziadków. Wszystkie te krytyki jak najbardziej mieszczą się wewnątrz demokracji, i tylko na razie nie wiadomo, co w zamian.

Uważam, że to dobra okazja, by rozważyć nowe demokratyczne pomysły.

W przedwyborczym sondażu CBOS spytał respondentów: „Czy ograniczyć czas wójtowania (burmistrzowania, prezydentowania) do dwóch kolejnych kadencji, czyli najwyżej ośmiu lat? Wyszło na jaw, że zwolennicy wprowadzenia takiego limitu mają wyrazistą przewagę, i to w elektoratach wszystkich głównych partii politycznych (najwięcej – 66% –  jest ich w elektoracie Prawa i Sprawiedliwości wraz z sojusznikami). Cebosowy socjolog pan Adam Gendźwiłł uważa, że wielokrotne reelekcje lokalnych notabli mogą być skutkiem monopolizacji władzy w społecznościach gminnych i powiatowych oraz „demokratycznego zastoju", spowodowanego brakiem realnej konkurencji politycznej.

Jeśli tak bywa (a myślę, że bardzo często!), to czemu poprzestać na liderach? Osobiście ograniczyłbym kadencje posłów i senatorów – do trzech z rzędu, oraz kadencje radnych wszystkich szczebli – do najwyżej czterech kolejnych. Taka ustawowa regulacja zapewniłaby stały, lecz spokojny dopływ świeżej krwi (wymianę kadr), a to sprzyjałoby budowie i rozwojowi pożądanego ponoć przez wszystkich społeczeństwa obywatelskiego.

Ale by się porobiło...