Przyznam, że czytałem artykuł Dominika Zdorta („Rzeczpospolita" nr 49, 28 lutego - 1 marca) z rosnącą irytacją, czując, że czytam coś w zupełnie niezrozumiałym dla mnie języku. Nie mogę i nie potrafię się zgodzić na wyrażoną w nim ocenę pontyfikatu Franciszka, jestem przekonany, że podobne odczucia ma wielu wierzących i praktykujących polskich katolików. Przez ostatnie dwa lata stało się bowiem coś niezwykłego: nagle o Kościele zaczęto mówić dobrze. W rozmowach ze znajomymi, w opowieściach przy rodzinnym stole czy w wymianie zdań na przystanku, przestaliśmy mówić o Telewizji Trwam i krzyżu pod pałacem prezydenckim, zaczęliśmy dzielić się z nadzieją tym, co mówi Franciszek.
Truizmem jest stwierdzenie, że chrześcijaństwo rozpoznaje wśród wiernych różne charyzmaty. Podobnie jest wśród papieży. Po papieżu-filozofie i papieżu-teologu, nadszedł czas – a Kościół do wierzenia poddaje, że podczas konklawe działa Duch Święty - na papieża-duszpasterza. Nie na miejscu wydaje się stwierdzenie o antyintelektualnej postawie Franciszka: ciężko bowiem oceniać papieży po liczbie ich encyklik. A jeśli tak, to ani Jan Paweł II, ani Benedykt XVI nie dorównali Leonowi XIII, autorowi 85 takich dokumentów. Z jeszcze jednego powodu taka ocena jest niewłaściwa – polski Kościół, mimo wielu katolickich uczelni, niewiele wnosi intelektualnie do dzisiejszej dysput teologicznych. Bardzo było to widoczne, gdy czytało się listę osób zaproszonych do udziału w nadzwyczajnym Synodzie biskupów.
Wobec społecznego wykluczenia
Franciszek przynosi ze sobą doświadczenie, które Kościołowi Karola Wojtyły było obce. Doświadczenie prawicowej dyktatury, w trakcie której Kościół – wraz z ówczesnym ojcem Bergoglio - stanął po stronie oprawców, a nie ofiar. Warto przypomnieć, że była to dyktatura wyrafinowanie okrutna, a jednocześnie dyskretna. Nie bez przyczyny, opisujący zaginięcia młodych ludzi czy oddawanie ich dzieci do wychowania sprawcom tych zaginięć, porównywali ją do hitlerowskiej operacji „Nacht und Nebel". Trudno domniemywać jak w latach 70. zachowywał się ów argentyński jezuita, bo pamięć o tamtym czasie łatwo ulega zniekształceniom. Jedno jest pewne, tamto doświadczenie to coś, co ukształtowało przyszłego papieża. Wykształciło w nim tę wrażliwość, która w Polsce nie do końca jest rozumiana.
Symbolicznym wyrazem postawy Franciszka jest uznanie męczeństwa salwadorskiego hierarchy arcybiskupa Oscara Romero, ofiary innej prawicowej i hojnie wspieranej przez Stany Zjednoczone dyktatury, otwierające drogę do jego beatyfikacji i kanonizacji. Chociaż Jan Paweł II z uznaniem wyrażał się o tej postaci, nie zdecydował się nigdy na postawienie „kropki nad i" w tej sprawie.
Wrażliwość Franciszka to wrażliwość na społeczne wykluczenie, na tych wszystkich, którzy trafili na margines świata z powodu biedy, wieku, emigracji, wojny czy kalectwa, ale także z powodu niestandardowej sytuacji rodzinnej. W tym upatrywałbym źródeł papieskiego myślenia o rozwodnikach czy osobach homoseksualnych. Zadziwiająca, zwłaszcza dla włoskich polityków, była pierwsza wizyta nowego papieża na Lampedusie, wyspie do której przybijają łodzie afrykańskich uchodźców i dokoła której znajduje się ich wielkie cmentarzysko.
Na mszy 8 lipca 2013 r. papież mówił: „Nie jesteśmy już uważni wobec świata, w którym żyjemy, nie martwimy się (...) Bliźni przestał być mi ukochanym bratem lub siostrą, stał się kimś, kto zakłóca mi moje życie i moją wygodę". To papieskie napomnienie wyznacza kierunek nauczania obecnego pontyfikatu. Kim jest dla mnie mój bliźni? Gesty papieża przełamują utarte schematy, także te, które zapewniają komfort Kościołowi w Polsce. Papież myjący stopy więźniów i więźniarek to nie do pomyślenia dla tych, których interesują tylko przepisy prawa i ich zawiłe interpretacje.
Drugim z tematów stała się w papieskim nauczaniu etyka pracy, coś, co powinno być bliskie w ojczyźnie „Solidarności". Franciszek podważa pewnik, którym dla wielu stała się liberalna gospodarka z jej niewidzialnymi rękoma i brakiem darmowych obiadów. To też wynik obserwacji jej wynaturzeń, których szczególnie doświadczyła Ameryka Południowa. „Nie można mieć pieniądza za idola" - przestrzegał w ogarniętym bezrobociem Cagliari, we wrześniu 2013 r. i tę zasadę odnosił zarówno do życia społecznego, jak i do indywidualnego sumienia.