Fundacja im. Stefana Batorego przedstawiła raport z pierwszego etapu badań kart do głosowania w wyborach samorządowych 2014 r. Na jego podstawie dziennikarze tryumfalnie ogłosili: nie było fałszerstw wyborczych. Czy jednak są podstawy do tak optymistycznych wniosków?
Postępowanie zespołu ekspertów Fundacji im. Stefana Batorego przypomina działanie osiedlowego posterunku policji, który otrzymał zgłoszenie o kradzieży rowerów. Policjanci, zamiast udać się pod wskazane adresy, postanowili sprawdzić 100 losowo wybranych piwnic spośród 28 tys., które były na osiedlu. Po czym ogłosili, że włamania nie było.
Przypomnijmy (pisaliśmy o tym z prof. Antonim Dudkiem i prof. Antonim Kamińskim w „Rzeczpospolitej" 17 marca 2015 r.), że wątpliwości co do rzetelności wyników wyborów budzi nie tyle liczba głosów nieważnych, ile ich koncentracja w pewnych okręgach, a zarazem brak lub niewielka liczba innych. Więcej pożytku byłoby ze sprawdzenia komisji, w których wyniki budzą największe wątpliwości, takich jak okręg nr 2 w Pieszycach, gdzie głosów nieważnych nie było w ogóle, gmina Poniec, gdzie głosów nieważnych było 52 proc., gmina Powidz, gdzie w jednym okręgu było 23 proc., a w drugim 55 proc. głosów nieważnych, czy gmina Pacanów, gdzie głosów nieważnych było 7 proc., a PSL zdobył 85 proc. głosów. Sprawdzenie wyników w tych komisjach powiedziałoby nam na temat rzetelności wyborów więcej niż w setkach losowo wybranych. Gdyby się okazało, że wszystko się zgadza, teza o fałszerstwach wyborczych ległaby w gruzach.
A może właśnie dlatego Fundacja im. Stefana Batorego woli zajmować się innymi komisjami. A nuż okazałoby się, że w piwnicach pod wskazanymi adresami rowerów nie ma...
Autor jest profesorem nadzwyczajnym na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego