Trwa budowa unii fiskalnej. Proces ten jest największą szansą i największym zagrożeniem dla strefy euro. Szansą, bo zwiększenie federalizmu fiskalnego jest kluczem do wzmocnienia wspólnej waluty. Zagrożeniem, ponieważ wybór złej ścieżki w budowie tego federalizmu może być katalizatorem rozpadu strefy euro. W obecnych działaniach UE są instrumenty dobre, ale też bardzo złe, wręcz niebezpieczne, oraz takie, które idą we właściwym kierunku, lecz są niewystarczające. Dlaczego?
Przed analizą kryteria oceny. Doświadczenia unii walutowych z przeszłości pokazują, że kluczem do ich sukcesu były dwa elementy. Pierwszy to skutecznie funkcjonująca unia fiskalna. Przy czym warunkiem tej skuteczności było oparcie unii na dwóch filarach: finansowym i dyscyplinującym. Drugi to siła tzw. ducha integracyjnego, czyli wola do bycia razem oparta na wspólnej historii, kulturze lub (często) wspólnym wrogu.
Słabe i mocne strony
Popatrzmy na obecne działania UE przez pryzmat tych dwóch elementów, a wtedy ukażą się nam ich słabe i mocne strony. Przy czym zauważmy, że generalny kierunek zmian jest w zasadzie określony, jego kontury widać przez porównanie UE z USA. Poniższa tabela zawiera podsumowanie najważniejszych obszarów zmian, przy czym ostatnia kolumna zawiera ocenę działań UE w każdym z tych obszarów.
Wyzwaniem jest tworzenie automatycznych mechanizmów transferu środków, które działać będą stabilizująco w różnych krajach
Po pierwsze, Unia boryka się z problemem tzw. odwróconej piramidy. W USA – podobnie jak w innych państwach federalnych – mamy do czynienia z sytuacją, w której centrum (rząd federalny) ma dużą zdolność finansowania i zadłużania, podczas gdy peryferia (stany) – zdecydowanie mniejszą. Natomiast w UE sytuacja jest odwrotna – centrum (KE) ma minimalną zdolność finansowania i zadłużania, natomiast peryferia (kraje członkowskie) – dużą.
Różnice te wpływają też na zdolność do redystrybucji środków pomiędzy członkami. W najgroźniejszej fazie kryzysu, w lutym 2009 r., Kongres USA przegłosował pakiet stymulacyjny na kwotę 790 miliardów dolarów (5 proc. PKB). Z tego 300 miliardów przeznaczono na pomoc dla stanów. Na przykład Kalifornia otrzymała 35 mld, stan Nowy Jork 18 mld, Teksas 17 mld. W przeliczeniu na mieszkańca Washington DC otrzymał 10 tys. dolarów na głowę. W przypadku UE skala środków jest znacznie mniejsza.
Oto wnioski:
1. Wyzwaniem dla UE jest odwrócenie piramidy, czyli wzmocnienie zdolności finansowych centralnych instytucji. Temu służy budowa ESFS/EMS i w tym sensie jest to krok naprzód. UE dostaje w tym obszarze ocenę „+/-", bo kierunek jest właściwy, ale działania są niewystarczające. Możliwości pożyczkowe ESFS/EMS to zaledwie 5 proc. PKB UE (a tylko malutki procent jest wykorzystany), podczas gdy udział rządu USA jest kilkakrotnie większy.
Po drugie, problem sposobu redystrybucji. Pieniądze z pakietu stymulującego były rozdysponowane na zasadzie: „kto w większej potrzebie, ten dostaje więcej". Im spadek wzrostu PKB i wzrost bezrobocia większe, tym wsparcie większe. W Europie model jest odwrotny – wsparcie ze strony UE jest nie tylko mniejsze, ale i udzielane jest na ostrych warunkach, które zacieśniają pętlę i wzmacniają recesję. Cięcia ratingów krajów strefy euro Standard & Poor's uzasadniała prawdopodobieństwem zmaterializowania się tego negatywnego sprzężenia zwrotnego – nie bez racji.
Kiedy kraj członkowski UE popada w kłopoty, Bruksela grozi palcem i ostrzega przed karami
2. Wyzwaniem dla UE jest tworzenie automatycznych mechanizmów transferu środków, które działać będą stabilizująco w poszczególnych krajach. W tym obszarze UE dostaje ocenę negatywną „-". Działania są nie tylko niewystarczające, ale w zasadzie nawet się o nich nie dyskutuje. To błąd, chociaż nie jest to prosta sprawa.
Po trzecie mechanizmy dyscypliny. W niemal wszystkich stanach USA obowiązują reguły zbilansowanego budżetu. Upraszczając, jeżeli nieoczekiwanie pojawia się deficyt, to w następnym roku musi on być wyeliminowany. Rząd federalny nie ma jednak prawa do egzekucji tego obowiązku! Są to wewnętrzne reguły stanów, których same starają się przestrzegać. Warto przy tym dodać, że reguły te wytworzyły się w odpowiedzi na wcześniejszą odmowę rządu federalnego do wsparcia zbankrutowanych stanów.
3. UE w jak największym stopniu powinna wspierać proces tworzenia wewnętrznych reguł budżetowych. Taka wewnętrzna dyscyplina jest optymalnym rozwiązaniem, bo minimalizuje konflikt pomiędzy centrum a peryferiami, co sprzyja podtrzymaniu ww. „ducha integracyjnego", który jest kluczem do trwałości Unii. Ponadto wewnętrzne reguły są lepiej dopasowane do otoczenia instytucjonalnego poszczególnych krajów. W tym obszarze UE dostaje ocenę pozytywną „+" – próba ustanowienia zasady, że ze środków EMS mogą korzystać kraje, które wprowadzą krajowe (konstytucyjne) reguły dyscypliny fiskalnej, jest rozwiązaniem dobrym.
Po czwarte, bieżący nadzór i kontrola centrum nad peryferiami. To sprawa niezwykle ważna. W USA rząd federalny nie ma prawa do bieżącego kontrolowania budżetów stanowych, wydatków, podatków, poziomu deficytu. Uprawnień takich nie mają też rządy w federacjach bardziej scentralizowanych, jak Niemcy czy Brazylia. Nawet w państwach unitarnych, jak Polska, rząd nie ma bezpośredniej możliwości ingerencji w bieżące zarządzanie samorządów. Wrocław, Warszawa mają autonomię budżetową, chyba że popadną w ogromne kłopoty i konieczne jest wysłanie komisarza.
4. Poszerzanie kompetencji KE do bieżącego nadzoru budżetów krajów członkowskich to błąd. Obecne działania UE w tym obszarze należy uznać za groźne – ocena „- - -". Autonomia w określaniu wielkości i struktury wydatków to esencja suwerenności, która pozwala na określenie roli państwa i zasad podziału dochodu zgodnie z lokalnymi preferencjami. Ograniczanie tych kompetencji stanowi zagrożenie dla „ducha integracyjnego" i może prowadzić do rozpadu strefy euro. Oczywiście chęć wzmacniania kontroli jest zrozumiała, bo rozdawanie pieniędzy może generować hazard moralny. Ale czynienie tego w formie bieżącego nadzoru jest niebezpieczne.
Unijne grzechy
Proces tworzenia unii fiskalnej w Europie ma dwa grzechy. Pierwszy polega na tym, że główny akcent prac skupiony jest niemal wyłącznie na filarze dyscyplinującym, podczas gdy warunkiem sukcesu unii monetarnych była zawsze równowaga pomiędzy filarem dyscyplinującym i finansowym. To trochę tak, jakby budować dom bez jednej ściany.
Drugi grzech polega na wprowadzaniu takich instrumentów, które mogą prowadzić do erozji „ducha integracyjnego", warunku trwałości Unii. Chodzi tu przede wszystkim o poszerzanie zakresu KE do bieżącego nadzoru i ingerencji w politykę budżetową, czego nie ma nawet w państwach scentralizowanych. Jest to niebezpieczne, bo już dzisiaj euro – projekt, który miał prowadzić do zabliźnienia powojennych ran – staje się czynnikiem, który otwiera rany i na nowo budzi resentymenty pomiędzy krajami Europy. Dom nie tylko nie będzie miał jednej ściany, ale i będzie przypominać przedszkole z piosenki Kaczmarskiego, gdzie niby wszystko można, ale czujna pani „po łapach może dać".
Gdy jeden ze stanów USA popada w problemy, sam decyduje on o krokach dostosowawczych – rząd federalny pyta tylko, w czym pomóc, i wykłada plik dolarów na przetrwanie najgorszych chwil. Jeżeli sytuacja wymknie się spod kontroli i stanowi grozi bankructwo – rząd federalny mówi: „pomogliśmy, nie wykorzystaliście szansy, teraz radźcie sobie sami, to was nauczy dyscypliny". Natomiast kiedy kraj członkowski UE popada w kłopoty, KE grozi palcem i ostrzega przed karami. Gdy sytuacja wymyka się spod kontroli, KE się ugina, pomaga, ale na drakońskich warunkach, które pogarszają sytuację. Rząd federalny USA to konsekwentny, ale dobry wujek. Natomiast KE to zła macocha, po której nie wiadomo czego się spodziewać. To trzeba zmienić.
Co to oznacza dla Polski? W skrócie powinniśmy: a) promować tworzenie wewnętrznych reguł dyscypliny fiskalnej; b) optować za ograniczaniem roli Komisji Europejskiej w bieżącej ingerencji w budżety narodowe, zwłaszcza gdy jej efektywność jest mała, ale wpływ na erozję „ducha integracyjnego" duży; c) przekonywać kraje północy do większego wkładu w budowę finansowego filaru Unii, w tym z nowych źródeł finansowania, jak np. euroobligacje; d) przypominać o konieczności tworzenia automatycznych mechanizmów redystrybucji fiskalnej; e) wspierać te rozwiązania, które budują jedność Europy.
Oczywiście pozostaje pytanie, czy to brak dyscypliny fiskalnej jest przyczyną problemów strefy euro, czy raczej ich źródła należy poszukiwać w bilansach płatniczych. Ale to inny problem.
Autor jest profesorem SGH i PAN. Był dyrektorem Biura ds. Integracji ze Strefą Euro oraz członkiem Rady Makroekonomicznej przy Ministrze Finansów